piątek, 6 listopada 2009

Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej V

pomysł szalony wziął się ze zbiegu dwóch okoliczności: po pierwsze, Elżbieta doszła do wniosku, że siedząc cały dzień w Symferopolu zwariuje, ponieważ nie ma pojęcia, gdzie iść (jakkolwiek zawsze można iść po prostu najbliższą ulicą Lenina i prędzej czy później do czegoś się dojdzie); po drugie, rzuciwszy okiem na rozkład jazdy podmiejskich elektryczek, odkryła, że ma coś w rodzaju rzutu beretem (przy założeniu, że beret wystrzeli się z armaty, ale zawsze jednak) do Sewastopola. a w Sewastopolu są starożytne ruiny. nie mogąc oprzeć się tak przekonującym argumentom, Elżbieta nabyła bilet na rzeczoną elektryczkę, a korzystając z czasu pozostającego do jej odjazdu poszła upolować sobie śniadanie (kefir okazał się łatwym łupem, kiedy już wniosło się stosowną opłatę za łowy na terenie sklepu).
elektryczka pojawiła się na peronie o czasie, bardzo podobna do swoich okołorostowskich towarzyszek, odróżniały ją jednak drewniane siedzenia. ludzie wdzierali się do środka, jakby grali w krzesełka i dla ostatniego miało zabraknąć miejsca - Elżbieta nie do końca pojmowała, czemu tak robią, bo nawet po zdobyciu kolejki przez najeźdźców z dworca pozostało jeszcze sporo wolnych siedzisk, nawet przy oknie. zajęła jedno z nich, licząc na widoki, ale się częściowo przeliczyła, bo jakkolwiek widoki dopisały, to jej własne oczy odmówiły współpracy i zapadła w sen, z którego wyrwały ją dwa zdarzenia: pierwsze, pojawienie się konduktorki - na moment, i drugie, osiągnięcie stacji końcowej - skutecznie.
na peronie sewastopolskiego dworca kręciło się mnóstwo pań oferujących pokoje do wynajęcia (czemuż, ach czemuż nie mogły się tak kręcić w Kerczu?), w okolicy kas można było kupić różne przydatne rzeczy, więc Elżbieta zainwestowała w plan miasta i zlokalizowała na nim swój cel, czyli ruiny Chersonezu Taurydzkiego. następnie wyszła sobie z dworca i ruszyła przed siebie i pod górkę. po drodze zobaczyła kilka interesujących budynków, między innymi muzeum floty czarnomorskiej (niestety, tylko od zewnątrz, czego teraz trochę żałuje), sporo imponujących pomników (w tym ozdobiony postacią radzieckiego transformersa monument upamiętniający czyny bohaterów wojny lat '41-42), morze, parę skwerów i zaułek suwenirów. przekonała się po drodze, że plan jest wart nieco mniej, niż by się na pierwszy rzut oka wydawało, ponieważ ulica, która miała zaprowadzić Elżbietę do celu (i na planie wyglądała jak duża, jednolita droga), w pewnym momencie zmieniła się najpierw w coś w rodzaju szerokiej ścieżki, potem w wąską ścieżkę, potem kamieniste coś, następnie w rachityczny potok, dalej w schody i dopiero stała się na powrót ulicą. niemniej poza tą drobną nieścisłością wszystko się zgadzało i w asyście promieni słońca (by nie nazwać tego brutalnie upałem) Elżbieta po trzech godzinach zwiedzania i umiarkowanego błądzenia osiągnęła cel, czyli dotarła do starożytności.
starożytności, rozsiane na dużym kawałku terenu, miały tę zaletę, że wychodziły na morze, i tę ciekawą właściwość, że ile razy człowiekowi przeszło przez myśl, że już widział wszystko, okazywało się, że do wszystkiego jeszcze całkiem sporo brakuje. Elżbiety aparat tak był tym faktem skołowany, że w pewnym momencie zwyczajnie odmówił współpracy i Elżbieta wyszła bez zdjęć ścian pałacu i bardzo interesującego kościoła wykutego w dawnej cysternie. ot, złośliwość przedmiotów martwych... rozciągnięta też na muzeum - "anticznyj zal" był akurat w remoncie, a dział bizantyński, jakkolwiek ciekawy, nie mógł go zastąpić, i Elżbieta się obraziła. a że czas już był wracać, udała się obrażona z powrotem na dworzec. a na tym dworcu popełniła brzemienny w skutki błąd...

czwartek, 29 października 2009

Migawki z dnia

To był dziwny dzień.

Po pierwsze, wstałam o przed 7. Nawet blizej 6. Niektórzy wiedzą, że to ewenement na skalę prawie dorównującą zaćmieniu słońca, bo jeżeli o tej godzinie jestem na nogach, to znaczy zwykle, że "jeszcze", a nie "już". Ale tym razem "już" doczekało się swojej wielkiej chwili, w związku z czym dzień upłynął pod znakiem Kawy z Automatu i Wielkiego Ziewa na przemian.

Po drugie, byłam na zajęciach. Prawdziwych. Od roku mi się to nie zdarzyło, bo się włóczyłam po świecie.

Po trzecie, w trakcie omawiania fragmentu Lukrecjusza ścierka do tablicy, spoczywająca spokojnie na swoim miejscu, zsunęła się znacząco na podłogę. Bardzo znacząco.

Po czwarte, jechałam autobusem, bo uniwerek nie jabłonka i koło domu nie rośnie. W zasięgu wzroku, słuchu i sąsiadującego siedzenia jechała pewna pani i toczyła rozmowę z towarzyszącym jej panem. Rozmowa jak rozmowa, ale sposób mówienia się i wyrażania tej pani wzbudził mój głęboki podziw. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się słuchać kogoś, kto przemawia tak okrągłymi zdaniami, mówi wyraźnie, spokojnie, gestykuluje w wystudiowany idealnie sposób i emocje dobiera jak element wyglądu, zamiast je okazywać. Gdyby to mnie przyszło z nią rozmawiać, oszalałabym zapewne, więc wszystko wskazuje na to, że była psychologiem (za dodatkowy argument może posłużyć używanie w ramach dzielenia się spostrzeżeniami na temat karmy dla psów sformułowań typu "facylitacja społeczna", a przy informacji o jakichś lekach mówienie bez mrugnięcia okiem o "ośrodkowym układzie nerwowym").

Gdyby ktoś miał wątpliwości, nie uważam wbrew pozorom, że każdy psycholog to od razu wariat. Niemniej niektórzy się zdecydowanie kwalifikują :).

środa, 28 października 2009

A rok temu...

Rok temu wstałam późno, zwlekłam się z łóżka i poszłam się przejść po mieście. Pełno było wystrojonych ludzi, chmary dzieci w mundurkach - odświętny nastrój królował, jak na 28 października przystało. I było słońce. Dużo słońca. Włoczyłam się po Bibliotece Hadriana, bo do domu wracać mi się nie chciało (okno wychodzące na ścianę miało w tym swój udział).

Pół roku zleciało, jak to zwykle bywa, szybciej niż by się ktokolwiek spodziewał i Grecja przemieściła się z "teraz" do działu "wspomnienia" i "plany na przyszłość" - na szczęście przedmiot niektórych wspomnienień występuje w więcej niż jednym egzemplarzu i nie trzeba ich koniecznie zamykać w przeszłości tylko dlatego, że już się wydarzyły.

Nie wiem, kiedy znowu nadarzy się okazja do lądowania w Atenach (chociaż liczę na mniej niż trzy lata, które trwała poprzednia przerwa) czy w Grecji w ogóle, ale jeśli już się pojawi, niech nie liczy na to, że przemknie mi beczelnie koło nosa.

Są okazje, którym się nie przepuszcza ;). Zwłaszcza kiedy chodzi o powrót do małych radości życia codziennego, jak kolejna szansa na wpadnięcie pod skuter na chodniku, przechodzenie na wszystkich czerwonych światłach, nocne wyprawy do piekarni, wspinanie się na wzgórze z widokiem na inne wzgórza i wypatrywanie, czy tym razem widać morze, czy nie, trzy strajki w tygodniu, a wśród nich co najmniej dwa blokujące skutecznie komunikację miejską, podziwianie fascynującej architektury uniwersyteckiej i kwitnących drzew na wiosnę.

piątek, 23 października 2009

Właściwie to był napad, panie władzo...

Przepis na zapędzenie opornej jednostki do pracy (copyright i realizacja by NieTakaMałaMi):

1. Zjawić się w domu tejże jednostki.
2. Nie słuchać jęków ani wymówek.
3. Nie dawać się wyciągnąć na rozmowy nie na temat.
4. Wydusić z jednostki wszystko, co zrobiła.
5. Zdziwić się, że pominęła rzeczy fundamentalne.
6. Zmusić do uzupełnienia czynności pominiętych.
7. Ustalić wytyczne do dalszej pracy.
8. Zapędzić do realizacji.
9. Kontrolować realizację co jakiś czas.

W celu usprawnienia procedury należy:

1. Nie okazywać litości.
2. Ale stanowczość owszem.
3. Dużo stanowczości.
4. Jeszcze więcej stanowczości.
5. Zabrać jednostce kabel od netu i grać w mafię za jej plecami.
6. Na wypadek, gdybyście zapomnieli o stanowczości... ;)

Niezbędne akcesoria:

1. Wiedza, pomysłowość, doświadczenie, pewna doza łagodnej brutalności.

Skuteczność metody gwarantowana już od pierwszego zastosowania!

Morał: warto mieć przyjaciół co umieją pomagać bez skrupułów ani cackania się z ofiarami własnej niemocy. Naprawdę warto :)

sobota, 3 października 2009

Wynalazki

NieTakaMałaMi zadzwoniła do mnie z prośbą wymagającą zapisania czegoś, co mi podyktuje. Zwykle w takich wypadkach mozolnie stukałam po klawiaturze jedną ręką, albo też przybierałam Dziwną i Niewygodną Pozę, używając obu rąk do stukania, a telefon trzymając zdecydowanie nieprzystosowanym do tego celu ramieniem i jeszcze mniej przystosowaną szczęką. NieTakaMałaMi, na moje tłumaczenia, że jednorącz pisze się wolno, zapytała, czemu nie używam zestawu słuchawkowego. Było to pytanie zaiste epokowe - zestaw takowy posiadam już czwarty raz (chyba każdy telefon taki miał), ale jakoś nigdy nie przeszło mi przez myśl, żeby z niego skorzystać. A tu NTMM otworzyła mi oczy na nową jakość - można rozmawiać i pisać jednocześnie, ba można rozmawiać i zbierać od słoni orzeszkie ziemne... Toż to istna schizma, że zacytuje mój ulubiony kabaret :).

Jestem zachwycona. Teraz czekam, aż ktoś wynajdzie zestaw słuchawkowy do suszarki do włosów :).

poniedziałek, 28 września 2009

Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej IV

pociąg stał na peronie i wyglądał zupełnie normalnie. pewnie podejrzenia co do jego normalności wzbudziła pani prowadniczka, która obejrzała Elżbiety bilet i rzuciła, że "miejsc nie ma, sprzedali już 80 biletów". dobrze wiedzieć, normalnie taki pociąg ma miejsc w porywach 50 (na drzwiach napisane, że 30, w środku numeracja do 50 i bądź tu człowieku mądry...). Elżbieta z Panem Plecakiem na ramionach i zaciekawieniem graniczącym z obawą wstąpiła na schodki, wspięła się do wnętrza wagonu i ujrzała skupisko ludzkie. duże skupisko ludzkie. to znaczy, w skali świata było to skupisko zupełnie nieznaczne, ale w połączeniu z zamkniętą przestrzenią pociągową sprawiało wrażenie tłoku. stać przy wejściu nie było sensu, więc Elżbieta zanurzyła się odważnie w ludzką ciżbę w poszukiwaniu kawałka siedzenia, coby spocząć, i kawałka półki dla Pana Plecaka (co nie było tutaj zupełnie proste, ponieważ z braku laku co poniektórzy pasażerowie postanowili zająć również tę przestrzeń).

miejsce znalazło się na drugim końcu wagonu, bagaż wylądował na górze, Elżbieta na dole (półka bagażowa byłaby nie do pogardzenia, bo lęk wysokości można jakoś tam uspokoić, ale zdyskwalifikował ją najzwyklejszy kurz) - na siedząco wprawdzie, ale była tak zmęczona, że nie robiło jej to różnicy, bo i tak przespała znaczną większość drogi (co miało wiele zalet, a główną z nich było to, że zupełnie się nie przejmowała coraz mniejszą zawartością powietrza w okolicy). około godziny trzeciej do pociągu wsiadło mrowie nowych pasażerów, rozparcelowało się po nielicznych wolnych miejscach (których istnienia nikt by się nie domyślił, a jednak pojawiły się od razu, przywołane zaklęciem: "zsuńcie się, to się zmieścimy").

dwie godziny później Elżbieta wysiadła z pociągu w chłód poranka, osiągnąwszy cel podróży, czyli Symferopol, i obiecawszy sobie, że przy następnej jeździe taką taryfą kolejową będzie czekać na peronie pół godziny wcześniej, żeby się załapać na własną półkę sypialną.


na razie jednak powlokła się mało dostojnie do kas biletowych w celu ustalenia możliwości przemieszczenia się dalej. pierwszy pociąg do Lwowa, który miał wolne miejsca w plackarcie, odjeżdżał o dziewiątej z minutami, ale wieczorem. nic to, zawsze lepsze to niż kolejna noc na dworcu, więc Elżbieta poprosiła o bilet, otworzyła szeroko oczy, słysząc cenę, zapytała, czy aby na pewno dobrze usłyszała, dowiedziała się, że owszem, usłyszała źle o jakieś 200 hrywien, odetchnęła, zapłaciła, zapakowała bilet i poszła sobie szukać sensu życia, czyli przechowalni bagażu.

pierwszy taki przybytek okazał się standardową halą ze skrzynkami dokładnie tych samych rozmiarów, co kerczeńskie. czyli możliwości pozbycia się na trochę balastu vel kuli u nogi niet. na szczęście na planie dworca widniała też druga przechowalnia, która miała niby być bardziej ludzka, ale trudno było to sprawdzić, ponieważ za nic nie dawała się znaleźć. dopiero po kilku przebieżkach między halą główną a peronami ktoś Elżbietę sprowadził na właściwą drogę i udało się jej osiągnąć cel, a cel celem był w rzeczy samej, więc Elżbieta odtańczyła taniec radości graniczącej z ekstazą, wydała dziki okrzyk i upadła na kolana błogosławiąc niebiosa - oczywiście zrobiła to wszystko wyłącznie w swojej głowie, gdyż inaczej zamiast pisać te wspomnienia tkwiłaby w symferopolskim odpowiedniku Tworek. Pan Plecak w towarzystwie namiotu poszedł leżeć i grzecznie czekać, a właścicielka, lekka jak piórko (zgubić w minutę dwadzieścia pięć kilo to nie bagatela), poszła sprawdzić, jakie ma perspektywy na zrealizowanie odrobinę szalonego pomysłu, który przyszedł jej był do głowy...

piątek, 25 września 2009

Historia pewnego zdawania (zawiera nieortodoksyjnie użyte terminy z zakresu literatury greckiej)

"Posłuchajcie opowieści, co ładunek grozy mieści..."

Proojmion

Studentka pojawiła się w Instytucie około szóstej godziny popołudniowej w celu zdania egzaminu z literatury pewnego kraju śródziemnomorskiego, co to się jej (egzamin, nie kraj) w karierze jeszcze nie przytrafił, a powinien był. Więc aby się przytrafić zgodnie z wymogami mógł, przybyła.

Paraklausythyron

Dwie następne godziny minęły na nerwowym wpatrywaniu się w Drzwi. Drzwi te powinny co jakiś czas otwierać się, aby wypuścić jednego Studenta i przyjąć następnego. Przynajmniej teorii. W praktyce były zamknięte, może nie na głucho, bo tęsknie wyczekująca zbawczego ruchu klamki grupa słyszała dobiegające zza nich co jakiś czas głosy (a może tylko słyszała głosy?), ale niewątpliwie skutecznie. Kogokolwiek trzymały za zagrodą swego skrzydła i futryny, nie były zbyt skore do uwolnienia. Emocje rosły, duch w narodzie upadał...

Zapowiedź wydarzenia przyszłego

...a gdyby wiedzieli, co ich czeka, padłby ów duch bez życia od razu.

Mowa posłańca w mowie zależnej

Drzwi odemknęły się na chwilę i wyjrzał przez nie Człowiek, który znał tajemnice Pokoju i umiał je objaśnić zwykłym śmiertelnikom. On to właśnie wytłumaczył oczekującym, że swobodny przepływ Odpytywanych zatamowała Czyjaś Praca Magisterska.

Didaskalia

Jęk bólu i zawodu przeszył korytarz po tych słowach złowrogich, gdyż nie zwiastowały one rychłego końca Przesiadywania.

Pojedynek

Drzwi jednak wypuściły w końcu autorkę owej Pracy Magisterskiej, którą ludzka zawartość korytarza odprowadziła do końca korytarza wzrokiem pałającym. I ruszył ponownie strumyczek Zdających, lawiny niestety miana niegodny, gdyż nadal płynął niezbyt szybko.


Retardacja

I nadal siedzieli na Podłodze, zbierając rozproszone coraz bardziej wskutek oczekiwania siły, szykując się każdy do swojej próby. Szaleństwo zaczęło się jednak wkradać w szeregi, owocując wybuchami obłąkańczego śmiechu i niespotykanej na co dzień radości życia. Studentka zajęła się próbami żonglowania przy użyciu kasztanów, na prośbę współtowarzyszki niedoli poczytała półgłosem nieco dystychów elegijnych Ksenofanesa, snuła fantastyczne hipotezy na tematy wszelakie. Oczekujących pozostawało coraz mniej i mniej, niczym dzisięciu Murzynków znikali po jednym...

Katabaza

I w końcu nocą ciemną nadeszła pora, kiedy i studentce przyszło zejść do podziemi własnej wiedzy lub niewiedzy - za przewodnika miała Profesora, który wybierał dla niej odpowiednią drogą, a jej zadaniem było wywołać duszę jednego z autorów. W udziale przypadło jej wezwać niejakiego Pindara z Teb, co pisał dużo, a zachowało się nieco mniej. Zjawa wprawdzie była miejscami niewyraźna, ale identyfikowalna, więc Studentka wyszła z próby cało i nie musiała za karę pozostać w podziemiach.

Epinikion (niech Pindar wybaczy nadużycie)

I o 22:52, spojrzawszy na zegar, by tę godzinę ocalić dla potomnych, opuściła Studentka zwycięsko mury Przybytku Edukacji i udała się w drogę powrotną.

Nostos

I wracała nocą ciemną i autobusem miejskim.

Epilog

I wróciła.

piątek, 18 września 2009

Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej III

z tego Elżbietowego zastanawiania wyszło tyle, że ni bankomatu w okolicy (jeden był, ale zepsuł się był wcześniej i wyświetlał ulubiony napis zagubionych w obcym kraju: "czasowo nieczynny", czy tam "wriemienno nie rabotajet"), ni propozycji noclegu, a spać znowu na dworcu to jej się nie uśmiechało.
coś jej się kołatało, że ponoć w centrum jest kościół Jedynego Słusznego Wyznania, więc licząc po cichu, choć z niewielkim przekonaniem, na szansę przechowania się tam, Elżbieta zapakowała się do marszrutki jadącej z powrotem na dworzec autobusowy, przejechała właściwy przystanek, wysiadła na następnym, który był Dużo Dalej, wróciła się trolejbusem, dowlokła się do hali kasowo-poczekalniowej i doznała rozczarowania stulecia - niezbędna jej do życia przechowalnia bagażu była dostępna tylko w formie automatycznych szafek, które miały dokładnie jeden rozmiar. na nieszczęście rozmiar ten był o numer mniejszy niż rozmiar Pana Plecaka, więc nadzieja na spędzenie chwili czasu bez drania upadła z hukiem i strzaskała się w drobny mak. Elżbieta zamiotła jej resztki nogą pod ławkę, żeby nie było widać, rzuciła pożegnalne spojrzenie słodkiemu rudemu kociakowi śpiącemu w jednej z za małych szafek i poszła przed siebie, czyli do wyjścia. przy wyjściu ustaliła z panem handlującym gazetami, że główny plac miasta nosi imię Lenina i że faktycznie jest na nim jakiś kościół, chociaż pan nie jest pewien, czy nie prawosławny przypadkiem.

wsiadło dziewczę w trolejbus, nabyło bilet, rejestrując z zainteresowaniem, że kasowanie opłaty za bagaż reguluje chyba tylko widzimisię pan kasowniczek (swoją drogą, pani kasowniczka to bardzo pozytywny wynalazek, kiedy się ma gigantyczny plecak i zero ochoty na szukanie otwartego kiosku), dopytało pani kasowniczki, gdzie wysiąść, wysiadło i ruszyło.
plac był wielki, imponujący, i miał Lenina na pomniku, jak to się zwykle w miastach po tej stronie świata zdarza. kościół był, wielki, piękny, stary i zamknięty - nic nie wskazywało na to, żeby był przesadnie czynny. kolejna nadzieja Elżbiety rozciągnęła się jej u stóp i skonała po cichu. Elżbieta usiadła, westchnęła i postanowiła się przejść w poszukiwaniu ewentualnego innego noclegu, nie licząc zbytnio, że cokolwiek znajdzie. na Schody Kerczeńskie, nieco mniej słynne niż odeskie, których kopię miały stanowić, wchodzić nie planowała, ponieważ było wysoko, a turystyczny zapał jest mało odporny na dźwigane na plecach 25 kilogramów. zapomniawszy zatem o ewentualnych walorach turystycznych Kerczu Elżbieta ruszyła przed siebie reprezentacyjną ulicą - jakżeby inaczej - Lenina, gdzie nie było ani jednej oferty noclegu, za to pół miliona ofert wycieczek i - na szczęście - elegancki fast food. fast food, bo rozprowadzał hot dogi i pizzę, elegancki, bo dysponował kelnerem, herbatę podawano w filiżance, a hot doga na talerzyku i z serwetką. ceny były bardzo ludzkie, pan kelner sympatyczny (zapytał Elżbietę, czy się nie boi tak sama podróżować; boi się, nie boi, a co zrobić, jak nie ma z kim, bo wszyscy pojechali wcześniej?), a koktajl mleczny naprawdę fenomenalny.

zjadłszy Elżbieta zmądrzała, zarzuciła plecak na swe wątłe (choć umięśnione) ramiona i udała się w drogę powrotną, mając sprzedawcom wycieczek za złe, że nie oferują też noclegów. przeszła przez plac, ulicę, następną ulicę i wędrowała szukając przystanku, co się ukrywał daleko. popatrzyła tęsknie na morze, na jadącą w przeciwnym kierunku marszrutkę, którą można było trafić na krymskie wykopaliska Pana Archeologa, wsiadła w "swoją", dotoczyła się na dworzec, wymieniła bilet na dzień wcześniej, czyli na za 10 minut, odkryła, że to w rzeczywistości godzina i 10 minut, bo sierota nie przestawiła zegarka na granicy, umyła się w łazience, zostawiwszy bagaż jakiemuś uczynnemu panu na dworcu, wróciła, usiadła i zaczęła dumać.
dumała o tym, jak to niefajnie, kiedy nie ma gdzie bagażu zostawić (dworzec kolejowy również posiadał przechowalnię skrzynkową, a szafki w tejże przechowalni były oczywiście w standardowym rozmiarze), a bagaż ciężki, w ramiona się wpija, w głowie kręci, aż się nogi plączą i uginają, a człowiek myśli, że lada moment się potknie i nakryje podłym bagażem, i odechce mu się wstawać.
podumała, rozwiązała kolejne sudoku, a potem wstała i poszła szukać swojego miejsca w pociągu, a pociąg ten...


sami widzicie, że w takiej przechowalni można kota dostać...

piątek, 11 września 2009

Refleksja na temat pism oficjalnych

W życiu studenta przychodzą momenta... Zwłaszcza kiedy studentowi, a właściwie studentce zdarzy się wypaść z wyścigu swoich wewnętrznych szczurów i pogrążyć w rozważaniach egzystencjalnych przeplatanych porachunkami wirtualnej mafii, a w konsekwencji nie wszystko zrobić o czasie, przychodzą momenta, że trzeba napisać podanie z prośbą uniżoną o niewyrzucenie za drobne spóźnienie w złożeniu dokumentów niezbędnych do zaliczenia roku.

I staje taki studet, a właściwie studentka, przed poważnym zadaniem sformułowania tego podania. A wlaściwie przed problemem, jak napisać smutną prawdę nie ubierając jej w zbyt dosadne słowa. Tylko jak tu przeprowadzić tę trudną operację przeniesienia swojego pełnego zawirowań jestestwa w dwie linijki tekstu, skoro jestestwo, jak to bywa, skomplikowane, a środki wyrazu ograniczone.

Czemu nie można napisać po prostu: "Zwracam się z uprzejmą prośbą o przedłużenie terminu składania indeksu, ponieważ byłam tak zajęta grą w mafię, że przeoczyłam nadejście września"? Albo czy "To już mój ostatni rok, więc może dla świętego spokoju darujecie mi, Szanowne Władze Wydziału, to drobne opóźnienie? Mogę stwierdzić z całą pewnością, że to się już więcej nie powtórzy" nie brzmi bardziej przekonująco? Czy nie chwyciłby mocniej za serce taki oto opis: "Jestem niebotyczną ofiarą losu i zdaję sobie z tego sprawę. Czy mogę liczyć po raz ostatni na Wasze miłosierdzie?"? Czy nie można użyć takiego prostego argumentu: "Jak co roku o tej porze zwracam się uprzejmą prośbą o przedłużenie sesji, licząc w skrytości ducha, że ze względu na tradycję mogę liczyć na pozytywne rozpatrzenie mojego podania"? Dlaczego nie przejdzie rozbrajająco szczerze: "Nie mam żadnego rozsądnego uzasadnienia, dlaczego mielibyście przychylić się do mojego błagania, więc po prostu proszę"?

Zresztą, może by i przeszło, kto wie, ale studentka powściągnęła tym razem swoje umiłowanie ryzyka, więc musi kto inny sprawdzić. Chętni i odważni studenci mogą się zgłaszać ;).

niedziela, 30 sierpnia 2009

Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej II

opuściliśmy Elżbietę przysypiającą na dworcu w czwartkowy wieczór. poranek zastał ją zwiniętą w harmonijkę na poczekalniowej ławce, z której o godzinie 4:50 powstała, udała się po bagaż, a następną godzinę spędziła na ławeczce przy peronach oczekując na swój autobus. autobus pojawił się mniej więcej o czasie, przy czym raczej mniej niż więcej. pan kierowca upchnął jakoś nasze bagaże w lukach, pani sprawdzająca bilety uporała się z pasażerami "bo ja prosiłam dwa bilety, a dali mi jeden, może weźmiecie mojego syna, prooooszę" i polecielim na Szczecin, czyli do Port Kafkaz, gdzie się kończy Rosja, a zaczyna Cieśnina Kerczeńska. większości drogi Elżbieta nie pamięta, bo ją sen zmorzył po harmonijkowej nocy. budziła się tylko na postojach, a raz została przez pana kierowcę uhonorowana zadaniem pilnowania, żeby nikt nie trącił takiej dźwigienki, "bo się autobus do tyłu potoczy". się nie potoczył, bo nikomu się dźwigienki ruszać nie chciało.

pan kierowca zasługuje na osobny opis, ponieważ wydał się Elżbiecie postacią bardzo sympatyczną, jakkolwiek ani razu się nie uśmiechnął, ale znać było, że ma złote serce. tuszy był dość znacznej, poruszał się statecznie i równie statecznie mówił, a w drodze popijał zieloną herbatę Liptona (lobby niżnodońskie zdecydowanie poleca Nestea Vita'o z truskawką). Elżbietę urzekło szczególnie, jak pewnemu pasażerowi tłumaczył, żeby nie wsiadał, póki się ludzie nie umieszczą w autokarze, bo: "tu wchodzą, tu wychodzą, czasem babcia, czasem traktor" i to wszystko ze śmiertelnie poważną miną.

autobus osiągnął był Port Kafkaz przed 11, pan nas porzucił przy morskom wokzale, czyli morskim dworcu i pojechał, a lud został i zaczął się przemieszczać w stronę rzeczonego dworca, coby w kasie bilet na prom nabyć. Elżbieta stała sobie w kolejce i tyle z tego miała, że jej pani w kasie przed nosem okienko zamknęła i powiedziała, że następna tura za 20 min., więc Elżbieta machnęła ręką, oparła się o Pana Plecaka i zaczęła robić sudoku z trudnej książeczki. za nie wiadomo ile czasu okienko znowu się otworzyło i zaczęło wypluwać bilety, ludzie zaczęli ustalać, kto jest ostatni, Elżbieta w końcu nabyła kwitek uprawniający do wejścia na prom, a potem udała się stać w kolejce do kontroli bagażowo-paszportowej, która miała do wejścia na prom uprawnić ostatecznie. w kolejce do kontroli spędziła następne trudne sudoku, zawarła przelotną znajomość z kilkoma współstaczami, poklęła, pojęczała, zestresowała się przy oglądaniu paszportu, bo Pan Nadgorliwy Urzędnik chciał koniecznie studentskij biliet, a Elżbieta biliet porzuciła w domu w przekonaniu, że nikogo nie zainteresuje. koniec końców jednak dał spokój, oddał dokument i można było snuć się dalej. dalej było prześwietlenie bagażu, które niczego ciekawego nie wykazało, a w szczególności nie wykazało, że Elżbieta znowu szmugluje niedoszłe zabytki.

dalej jeszcze tylko stempelek w paszporcie i można się powlec na prom. na promie pytają, jaka narodowość i dają ukraińską kartę migracyjną, proponując wypełnienie, ale Elżbieta jest twarda i wypełnia sobie sama po porzuceniu bagażu. początkowo sądziła, że znajduje się w okolicach dziobu, ale rychło odkryła swój błąd, bo prom się był wdzięcznie obrócił i dziób się okazał być nędzną rufą, więc zamiast przyjemności z patrzenia na port przeznaczenia przyszło się gapić na mewy. długo się gapić nie dało, bo przeprawa trwała jakieś 20 min (kontrola około 2 godzin - ktoś powinien wyjść z inicjatywą, żeby odwrócić proporcje, bo znacznie przyjemniej się pływa, nawet na rufie, niż stoi z Panem Plecakiem, Panem Namiotem i małym plecakiem w kolejce). prom przybił do Port Krym, wbili stempelek, że Elżbiecie wolno zwiedzać Kercz, zapytali, gdzie będzie mieszkać i zadowolili się odpowiedzią, że nie wiadomo. następnie należało przeczekać dwie marszrutki, upchnąć się w końcu do trzeciej, przyjąć pomoc od miłego młodzieńca o wystroju na pierwszy rzut oka nieco zniechęcającym (dwa kolczyki w dolnej wardze i ogólne efekt emo) - drugi rzut i następne potwierdził, że wygląd nie całkiem świadczy - młodzieniec pomógł Elżbiecie dostać się z dworca autobusowego na kolejowy, poniósł kawałek bagażu, a potem się pożegnali. on poszedł w swoją stronę, a Elżbieta poszła się załamać pod ciężarem Pana Plecaka i kupić bilet. bilet kupiła na dzień następny i zaczęła się zastanawiać, co dalej....

środa, 26 sierpnia 2009

Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej Ib

po drugim filmie czy też w trakcie, Elżbieta nie pomni, elektryczka dotoczyła się do celu, czy Krasnodaru. w Krasnodarze Elżbieta zakrzyknęła po grecku na widok imponującej fasady dworca i udała się na dworzec autobusowy o nieco mniej imponującej fasadzie (właściwie to absolutnie nieimponującej), dowiedziała się, że do Kerczu miejsc niet, chyba że się znajdą jakieś wolne w autobusie do Jałty, znaczy, ktoś nie przyjdzie. Elżbieta poczekała grzecznie do 22:30, ale się okazało, że niedobre ludzie przyszły wszystkie, więc musiała czekać do 6 rano na autobus do Port Kafkaz, który to port jest oknem na świat, a konkretnie na Cieśninę Kerczeńską, dawny Bosfor Kimeryjski.
spędziła w związku z tym noc na akrobatycznych snach w poczekalni, zmieniając co pół godziny bok, na który się kiwała. na szczęście kiwała się tylko z małym plecakiem, bo duży porzuciła w przechowalni, gdzie spotkała Pierwszego Dobrego Człowieka - pana obsługującego, który wziął namiot na przechowanie nie biorąc za niego dodatkowych opłat. dzięki czemu namiot spał wygodnie i bezpiecznie, w przeciwieństwie do właścicielki, która robiła różne zabawne rzeczy z kręgosłupem, żeby się jakoś ukompatybilnić z ławką. szło jak szło, ale odrobię snu udało się złapać.
co się zdarzyło dnia następnego, dowie się Drogi Czytelnik następnym razem... :)
PS. kółeczko urwane od plecaka okazało się nie być tak całkiem bezużyteczne, ponieważ chroniło przed wypadnięciem taki gwoździk, który trzymał ramię plecaka blisko stelaża. nie stało kółeczka, nie było i trzymania, więc trzeba było wiązać, niestety. drugiego kółeczka w związku z tym Elżbieta nie wyrwała, chociaż też bezczelnie parę razy przymierzało się do jej własnych spodni i ich zawartości.

Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej Ia

podróż Elżbiety zaczęła się w ostatni czwartek lipca Anno Domini 2009 o godzinie 11:54, kiedy to opuściła tak przez siebie ukochane ziemie starożytnego miasta T. i wsiadła do elektryczki zdążającej do wielkiego miasta pozbawionego atrakcji architektonicznych, czyli Rostowa nad Donem. Elżbieta tym razem nie płakała odjeżdżając, ponieważ już wiedziała, że można tu wrócić i że chociaż wyjeżdża z niechęcią, to nie na zawsze. sen ją był zmorzył szybko i droga minęła niepostrzeżenie, aż na końcu przebudził ją towarzyszący Pan Archeolog, który następnie dokonał porzucenia tejże pod kasą biletową i po krótkim pożegnaniu oddalił się w swoją stronę, a Elżbieta nabyła bilet. nie wiedząc, że właściwą jej klasą jest klasa trzecia, nabyła niechcący bilet do drugiej, ale o tym później. na razie bowiem Elżbietę czekały 3 godziny oczekiwania na dworcu, które zapełniała obserwacja panów rozmontowujących rusztowanie, a potem rozwiązywanie ciągle tego samego sudoku (gdyż albowiem chociaż napis głosił, że proste, to było trudniejsze niż najtrudniejsze z innej gazetki; wot, względność). w międzyczasie Pan Archeolog, który już załatwił swoje sprawy, objawił się spodziewanie, choć z zaskoczenia, nad głową Elżbiety i rzucił radośnie: "i tak ci nie wyjdzie". oczywiście wyszło ;).
wreszcie przyszła pora pakowania się do pociągu. Elżbieta wyszła na peron i zarzuciła plecak na ramiona, a plecak, złośliwiec, zachował się bardzo nieelegancko i wydarł jej w spodniach dziurę tam, gdzie zwykle jest tylna kieszeń. tu jednak kieszeni nie było, więc powstała dziura niezwykle przejrzysta, którą Elżbieta musiała, niczym order złośliwości przedmiotów martwych, nosić przez cztery kolejne dni. przyjrzawszy się plecakowi bliżej, zlokalizowała sprawcę dziury owej, czyli takie małe kółeczko, któremu się drucik odgiął. brzydki drucik, on nam dziurę, my go urwiem i po kłopocie. urwała Elżbieta kółko, wsiadła do pociągu, do klasy drugiej, co okazała się być całkiem luksusowa, posiadać numerowane fotele, ekran ze wszech miar ciekłokrystaliczny i klimatyzację. klimatyzacja polegała na tym, że pani prowadniczka powiedziała: "panowie, otwórzcie okna, będzie chłodniej". panowie otworzyli okna i faktycznie zrobiło się chłodniej, zwłaszcza kiedy pociąg był w ruchu. na ekranie pojawił się film produkcji lat 60-tych, "Moskwa łzom nie wierzy". niestety, Elżbieta akcję przestała śledzić dość szybko, bo jej się przysnęło. obudziła się w połowie i na koniec, co dawało nikłe podstawy do rekonstrukcji przebiegu akcji. drugi film spotkała ta sama zniewaga.

niedziela, 23 sierpnia 2009

Obserwacyje

O tym, na ile naprawdę kogoś znasz, najprościej przekonać się, szukając dla niej/niego prezentu (najskuteczniej działa próba wybrania książki).

czwartek, 6 sierpnia 2009

Z życia wzięte

Scena pierwsza.
Występują: Kolega I, Kolega II, pani sprzedawczyni (postać niema).
Miejsce akcji: sklep, rosyjska wieś.

Kolega I: - Jak powiedzieć "pół chleba"?
Kolega II: - Nie można kupować połówek.
Kolega I: - A czemu tam leży pół?
Kolega II: - Widać ktoś sobie kupił.

Scena druga.
Występują: Człowiek Płci Męskiej, Zła Kobieta, grupa znajomych i zwierzę domowe.
Miejsce akcji: okolice sklepu, rosyjska wieś.

(ZK grzebie w torebce)

Człowiek: - Chodź, brzydalu!
ZK: - Już idę, tylko pieniądze schowam.
Człowiek (z wyrazem osłupienia na twarzy): - Ale ja mówiłem do psa...

Morał: Dobrze jest kontrolować na bieżąco efekty pracy nad wizerunkiem ;).

Które to jutro?

Wpis miał być jutro liczac od przedwczoraj, ale najpierw Nietakamałami odpowiedziała na mój frytkowy apel i jakoś dzień minął na konsupcji i ogladaniu fotek kamulców, skolopender i mniej lub bardziej opalonych archeologów, a dzisiaj wpadłam świtkiem koło południa (a nawet popołudnia) do Ezer, przycięłyśmy nierówno żywopłot (znaczy, ja na pewno), podziwiłam wielkiego, białego, niebieskookiego kota i trochę większą, ale nadal malutką Torpedę, objadłyśmy trochę agrestu z krzaczków i znowu dzień minął, a noc zajęło zgrywanie tony płyt z rosyjską muzyką, co się ją ze sobą ze Wschodu przywlokło.

W związku z tym ogłasza się niedotrzymanie terminu ze względów towarzyskich.

Redakcja zbyt dobrze się bawi, żeby jej było wstyd, ale postara się poprawić.

wtorek, 4 sierpnia 2009

Dobrze jest mieć cel, lecz cóż, kiedy u celu okaże się, że cel zniknął?

To jest skandal... Przejechać jakieś 1600 km, przejść trzy kontrole paszportowe i zamiast wyczekiwanych przez miesiąc frytek dostać bukiet surówek?
Wiem, że zdarza mi się niewyraźnie mówić (albo może właśnie to "wyraźnie" należy do wyjątków?), ale żeby tak?
W związku z tym ogłaszam pięc sekund wołania o pomstę do nieba - na wszelki wypadek niezbyt brutalną ;). Ewentualnie można mnie zabrać na frytki, wtedy pomsta stanie się zbędna.

Po tym dramatycznym oświadczeniu wrócona na łono ojczyzny autorka idzie spać, a w najbliższych dniach dowiecie się, Państwo:
- co grozi samotnym dziewczętom śpiącym na ukraińskich dworcach;
- jakie sztuczki zna Pan Plecak;
- dlaczego warto jeździć pociągami;
- kto walczył po radzieckiej stronie w czasie wojny;
- jakie miasto zwiedziła Elżbieta, a jakie zwiedzić planowała;
oraz
- co jest niezbędne do przetrwania w obcym mieście.

Następny odcinek już jutro, zapraszamy!

sobota, 11 lipca 2009

Raportu ciag dalszy

W weekend mozna sie wyspac za wszystkie czasy, to znaczy mniej wiecej do 8. Potem przez okno wagonczyka badz tez tropik namiotu wdziera sie slonce i sen staje sie niemozliwoscia, a kto dostatecznie szybko nie wygrzebie sie ze swojego leza i nie przeniesie sie w cien, ryzykuje, ze chwile pozniej wyplynie ze spiwora. Mnie dzisiaj dodatkowo bezczelnie oharcowal roj much, skaczac mi po glowie i rekach i nie dajac spac. Podle, a w dodatku trudno je trafic.

Pogoda jak zwykle upalna nieziemsko, chociaz przeszla ostatnio fenomenalna burza - ciemna noc, tylko w odleglym stepie hulaly blyskawice, rozswietlajac czasem niebo na fioletowo.

Wczoraj poznalam nowa zyciowa frajde - nurkowanie w sianie. Oraz przekladanie siatki metrowej po tym, jak sie kopnelo o jeden gwozdz. Bieganie z tyczkami po polu takoz. Efekt: radosc nie z tej ziemi i niemozliwie podrapane nogi, bo szukalismy na swiezym rzysku rozoranego kurhanu.

Wykopaliska w pelni sezonu, paznokcie juz dawno przestaly sie domywac, w stoju roboczym pelno piasku, pod lozkiem pelno ziemi, we wlosach czarny pyl.

Wiecej wrazen bede chyba pisac po powrocie, bo sie odzwyczailam zupelnie od ekranu (smiech zza kadru) i nie moge przed nim zebrac slow, chociaz tutaj tyle sie dzieje. Rzeczywistosc wykopalisk jest jednak praktycznie zupelnie niewirtualna, wiec trudno ja w te wirtualna przeniesc potem na goraco, zamknac w slowach nocne spacery wsrod ruin, przemykanie sie miedzy szczeblami w plocie albo pod nim, czekanie na cudownie zimny obiadowy kompot, kapiel w chlodnym Doncu, owocowe lody ze sklepiku przy stacji i dywagacje na temat wyzszosci okraglych patyczkow nad plaskimi, wykopowa herbate w wielkim garze, doprawiona sianem, dreszcz emocji przy sprawdzaniu, czy na imadle nie ma stempla i poszukiwanie cienia w najwiekszy upal.

Zatem tylko donosze, ze czuje sie tu na swoim miejscu :).

sobota, 4 lipca 2009

Raport z podrozy

Pozdroz przebiegla nieomal identycznie z zeszloroczna z takim wyjatkiem, ze na trasie z Lwowa do Charkowa trafilo mi sie, po raz pierwszy w platzkartowej karierze, lozko na dole. W drodze, przyrzadziwszy juz wymyslny obiad w postaci zupki "Zloty Kurczak", odkrylam, ze calkiem zdolnie nie zabralam z domu lyzki i musialam sie ratowac zamowieniem herbaty (podanej w niesmiertelnej szklance z metalowym uchwytem i z duzymi kostkami cukru w papierku).

Upaly panuja tu standardowe, czyli straszne, za to nie ma komarow (jezeli to prawda, ze zjadly je wazki, jestem od dzisiaj wielka fanka wazek!). Dostalismy wymyslne muzealne identyfikatory, ktore sluza glownie do tego, zeby moc skorzystac z ladnej toalety - muzeum sie rozwija i probuje osiagnac poziom swiatowej atrakcji, wiec caly teren otoczyli wielkim, czarnym plotem, ucinajac przy okazji kilka sporych galezi naszym obozowym drzewom (co znacznie zmniejszylo zasoby bezcennego tutaj cienia), a wszedzie rozmiescili zolte tabliczki z drogowskazami, ktore musial projektowac ktos obdarzony duzym poczuciem humoru albo wyobraznia, bo bez zadnego z tych dwoch nie da sie nazwac naszego wychodka "tualiet bez udobstw" (czyli bez wygod), bo i "tualiet" i "bez udobstw" to niesamowicie eufemistyczne okreslenia. Uroczo rowniez wyglada strzalka z napisem "dietskaja igrowaja ploszczadka" (panstwo wybacza transkrypcje; znaczy to tyle, co placyk zabaw dla dzieci), wskazujaca na kilka zardzewialych barakow i krzaki obok naszych prysznicow (a skoro juz jestesmy przy prysznicach, to... dzialaja! co prawda tylko polowa, ale za to wszystkie trzy).

Z innych dobrych wiesci - w tym roku na obiad nie bedzie makaronu, tylko kasza gryczana. I jest kompot, ktory w tych upalach ratuje nam zycie - w przyszlym tygodniu bedzie mial sporo roboty, bo ma byc 45 stopni w cieniu, a ze my na sloncu kopiemy...

Nastepny raport przy okazji kolejnej wyprawy, o ile sie przypadkiem nie usmaze po drodze ;)

sobota, 27 czerwca 2009

Grunty i podróże

Grunt to nie zapomnieć paszportu, mieć rękawiczki, folię do przykrycia namiotu w razie ulewy (równie gwałtownej, jak intensywne są upały), środek na komary i dużo cierpliwości.

Grunt to nie wygrzebywać dziury w antycznym chodniku, nie trafiać szpadlem ani kilofem w centrum pochówku, obchodzić się delikatnie z polepą, grzecznie czyścić kamienie i nie nosić dwóch wiader ziemi na raz, jeżeli się jest dziewczynką.

Grunt to ziemia :).

Jedziemy w tę samą, co od dwóch lat co roku - ja, plecak, namiot i inni. Mój plecak to weteran, ma już co najmniej dziesięc lat i niejedno widział. Mój spiwór ma tyle samo, też dużo widział i stracił po drodze możliwość zapinania zamka, więc właściwie jest odmianą wąskiej kołdry zębatej na brzegach. Karimata nie ma wartości sentymentalnej, bo one nigdy długo nie żyją. Namiot jest cudowny, bo nie przepuszcza wody nawet w największą ulewę.

A ja to ja i właśnie czeka mnie samodzielne przemierzenie 1600 km, ze wsparciem autobusów, międzynarodowych pociągów i podmiejskich elektryczek.

Komu w drogę, temu bilet ;).

czwartek, 25 czerwca 2009

Nie tylko o pogodzie, lecz także...

Houston, mamy... im dalej rozwija się ta pogoda, tym bardziej słów mi brakuje do jej opisania - jezeli przedwczoraj było oberwanie chmury (bo lało gorzej, niż kiedy lało, i skokroć gorzej, niż kiedy padało), to co jest dzisiaj, jeżeli zza zasłony deszczu i gradu ledwo widać pioruny, a mój dach brzmi niczym zjazd czynnych miłośników perkusji (dobrze swoją drogą, że nie brzmi jak skała drążona przez krople, bo i to już mu się kiedyś zdarzyło)? I jeśli tak wygląda czerwiec, to czego się spodziewać po listopadzie? Brrr, proszę Państwa...

Żeby zrównoważyć aurę, poranne maki (po południu niestety już zgubiły płatki, więc spieszmy się fotografować, póki kwitną;):



Na szczęście wczoraj akurat deszcz wziął sobie wolne, więc wieczór w połowie świętojański, w połowie panieński (koleżanki;) udał się był w połowie na pleceniu wianków i próbach rozpalenia ogniska, a w połowie na rozmowach domowych (ogniska nie udało się rozpalić, a komary bardzo chciały się przyłączyć). W części pierwszej rzuciłam się z siekierą na gałęzie, czerpiąc niezwykłą radość z faktu, że nie było w okolicy nikogo, komu by przeszkadzał fakt, że owo mordercze narzędzie znalazło się w niewieścich rękach. W części trzeciej, następującej już po zgaszeniu świateł, moja ręka stoczyła wojnę z małym diabelcem, czyli czarną, chudą i niemożliwie pazurzastą kotką Ezer. Efekt - mnóstwo drobnych ran szarpanych i gryzionych oraz zadowolony kociak, który w końcu zwinął mi się na kocu i rozkosznie zasnął.


Bestyjka wygląda tak i na razie nie ma imienia - ja bym ją ochrzciła jako Torpedę ;).

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Latawce, kameleon i owca

Pytanie konkursowe na dzisiaj to: czym się różni listopad od czerwca? Nagród nie będzie, bo odpowiedź widać za oknem gołym okiem: liśćmi na drzewach. Tam, Gdzie Oby Już Niedługo, w nocy jest cieplej czasem niż u nas w dzień. Pogodo, czy pogoda mnie słyszy?

W sobotę po południu obchodziliśmy lokalnie Święto Latawca przeniesione z końca kwietnia - żeby były lepsze warunki pogodowe. He, he... Chociaż pogoda w połowie była zgodna z oczekiwaniami - nie padało. W drugiej połowie za to nie dopisała, bo najbardziej oczekiwany gość, wiatr, wystawił wszystkich do wiatru i nie raczył się pojawić. W związku z tym latawiec z Kubusiem Puchatkiem unosił się w powietrzu tylko wtedy, kiedy był przyczepiony do czyjejś biegającej osoby, czyli przez większość czasu mnie. Zabawa była przednia, a dla patrzących zapewne jeszcze lepsza - dokumentacja fotograficzna jeszcze nie ujrzała światła dziennego (i pewnie nie zobaczy, he, he, po raz drugi).

W sobotę wieczorem odbył się zupełnie nietajny konwent żywej łaciny pod patronatem Gelliusza i Pliniusza. Łacina miejscami kwitła, miejscami dogorywała, a uczestnicy zapoznali się między innymi z różnicami między kameleonem a krokodylem oraz dowiedzieli się o cudownych zastosowaniach poszczególnych części ciała tego pierwszego. Dość wspomnieć, że odpowiednio spreparowany kameleon pomaga na bóle porodowe, umożliwia stanie się niewidzialnym, sprowadza deszcz i burzę i pozwala zsyłać na innych sny według naszego życzenia. Jeżeli jednak planujemy hodowlę tych pożytecznych stworzeń, należy się liczyć z nalotami jastrzębi, które kameleony mają ściągać do siebie i w tajemniczy sposób sprawiać, że dają się rozszarpać innym zwierzętom (jastrzębie, gdyby ktoś wątpił), co może znacząco wpływać na estetykę ogródka czy balkonu.
Jak widać, nauka języków klasycznych może przynosić różnorakie korzyści i sporo uciechy ;).

W niedzielę dla odmiany dokonało się epokowe odkrycie, mianowicie Ezer i Przyszły Noblista wynaleźli terapeutyczne działanie pluszowej owcy. Efekty uzyskuje się bardzo łatwo: należy usiąść na przeciwległych końcach kanapy, a następnie rzutem poziomym przekazywać sobie owcę. Należy to robić z wyczuciem, żeby owca nie wpadła za kanapę ani nie dokonała zbyt radykalnych zmian w krajobrazie pokoju, poza tym ograniczeń właściwie nie ma. Dla urozmaicenia można próbować owcę podkręcić. Zadowalające rezultaty można uzyskać już po kilku minutach.

Owca - xx zł. Radość z rzutu - bezcenna.

piątek, 19 czerwca 2009

Przerwa na wyrzut

Gdybyż korektorzy unosili się w powietrzu i wpadali w ręce żądnych krwi czytelników... Niech tam, mogą wpadać i bez latania. A w ogóle najlepiej by było, gdyby czytelnicy nie musieli hamować morderczych instyktów podczas lektury.

Jak jednak ten instynkt powstrzymać, kiedy się w tekście trafia, ku bezsilnemu zgrzytnięciu zębami, na ortograficzne nowinki, w stylu "obdarzony" przez "ż", albo fleksyjne - o ile nie zaistniała jakaś tragiczna luka w moim wykształceniu, dopełniacz liczby mnogiej od "genitalia" brzmi jednak "genitaliów", a nie, za przeproszeniem, "genitalii". A może to koncepcja powstała na fali odmieniania nazwy działu "varia" jako "ta varia, tej varii"?

Jak śpiewał pewien poeta, "nie znamy już łaciny i z polskim nam niełatwo".

Taki sobie dzień?

Komórka się raczyła rozładować w nocy i w związku z tym przespałam porę pobudki, ranek i przedpołudnie. Południe chyba też. Popołudnia nie zdążyłam - na szczęście, bo to głupio obudzić się wieczorem. Komórkę prosi się o rozładowywanie się o mniej newralgicznych porach.

Na Widowisku robiłam za "przynieś, podaj, pozamiataj", co tym razem zawierało dzwonienie dzwoneczkiem po przerwie, przerzucanie slajdów, dokuczanie co poniektórym i napisanie dwieście siedemdziesiąt kilka razy "Gdzie ci mężczyźni?". Wskutek tego moja zdezorientowana ręka musiała sobie kilka razy przypominać, w którą stronę się pisze N; poza tym mam nadzieję, że nie wpiszę tego tekstu odruchowo w miejscu podpisu, bo każde tłumaczenie mogłoby potem wypaść dość blado ;).

Wróciwszy do domu piękną nocą (wreszcie coś, co przypomina lato) odkryłam na chodniku jeżyka. Właściwie to nie tyle jeżyka, co jeża, bo to był całkiem spory okaz, który najpierw strasznie się wiercił, a potem zwinął w kulkę, w której nawet śladu nosa nie było widać zza kolców. Widać jeże nie lubią czułości i brania na ręce, ale że na chodniku ani ulicy nie czekała go raczej zbyt świetlana przyszlość, wyniosłam go na skraj lasu. Po drodze wystawił swój czarny jeżowy nos, ale nie fukał, więc może uwierzył w moje dobre intencje.

Albo nie chciało mu się strzępić języka.

czwartek, 18 czerwca 2009

Nieproszony gość

Jest sobie taki pan. Nikt go za bardzo nie lubi. Pan się nazywa Zastój i nietrudno się domyślić, dlaczego nie cieszy się sympatią (w przeciwieństwie do popularności).

Zapewne mają na to wpływ jego maniery - nie dość, że wchodzi bez pukania i zachowuje się, jakby był u siebie, chociaż nikt go nie zaprasza, to jeszcze rozsiada się bezczelnie w naszym ulubionym fotelu. Na wszelkie prostesty odpowiada lekceważącym machnięciem ręką.

Jeżeli nie pozbędziemy się go w miarę szybko, opróżni lodówkę, szafkę z ciasteczkami i, co najgorsze, wypije cały zapas herbaty. Rozpanoszy się w czasie pracy - stoi wtedy za naszą głową i miesza w niej plastikowym mieszadłkiem do kawy, pilnując, żeby nie udało nam się zebrać myśli i wziąć za robotę.

Wzięcie się za robotę jest bowiem jedną z najprostszych metod pozbycia się Pana Zastoja.

Panie Zastoju, sio!

środa, 10 czerwca 2009

Porażki uliczne

Jest jeszcze jedna radość filologa: kiedy podejdzie do niego na ulicy ktoś i zagada w innym obcym języku niż ten, którego by się oczekiwało.

Wczoraj pewna pani na przystanku zapytała po włosku, czy odchodzi stąd autobus "uno sette cinque". Nie wiem, czemu założyła, że ją zrozumiem, w każdym razie miała tyle szczęścia, że zrozumiałam, i tyle pecha, że próbując odpowiedzieć najpierw zapomniałam o formie grzecznościowej (a właściwie przekalkowałam grecką), a potem za nic nie mogłam sobie przypomnieć, jak objaśnić lokalizację, więc głównie machałam ręką we właściwym kierunku i zaprzeczałam, kiedy mąż tej pani sugerował, że może trzeba przejść na drugą stronę Jerozolimskich.

Zapamiętać na przyszłość: obok to "accanto" :).

niedziela, 7 czerwca 2009

Mały filolog w natarciu

Żywot małego filologa również może być źródłem radości. Małych i większych. Te małe to, na przykład, odkryć w greckim słowniku słowo oznaczające: "zamienić w tymianek". Te większe to sprzedać to ludziom na imprezie.

Te małe to poznać nowe słowo liczące więcej niż 5 sylab, te większe to nie przejęzyczyć się przy jego pierwszym publicznym wykonaniu.

Te bardzo duże to wejść do sklepu z ciuchami w Centrum Handlowym z Dachem Jak Zjeżdżalnia Wodna i usłyszeć ludzi, mówiących w naszym obcym języku. Biedni ci, co wtedy towarzyszą małemu filologowi, bo on czy ona po prostu musi podejść i się ujawnić.

Dzisiaj wytrzymałam całe dwie minuty. Koleżanka, która ze mną była, po pięciu zaczęła robić straszne miny, ale po prostu musiałam :).

Zresztą, mogło być gorzej - koniec konców, kiedyś zaczepiłam* całą grecką wycieczkę w Łazienkach.

* Zaczepienie greckiej łazienki... tfu, wycieczki polega na tym, że podchodzimy do dowolnej osoby z grupy i mówimy coś w jej własnym języku; potem ta osoba chce nas koniecznie wszystkim pokazać, skoro się już taki ewenement trafił, i pięć minut ogólnego zainteresowana mamy gwarantowane.

sobota, 6 czerwca 2009

Zdobycze techniki

Dostał mi się nowy telefon - znaczy, wreszcie udało się upolować kolejny model, który ma pełną klawiaturę, a przy tym nie jest małym komputerkiem za duże pieniądze, zawierającym mnóstwo funkcji, które do niczego nie są mi potrzebne.

I tenże nowy telefon ma taką fajną możliwość, że sobie można ustawić swoje .mp3 jako dźwięk na przykład budzika (poprzedni też być może miał, ale bardzo dużo zachodu było z przekonaniem jakiekolwiek pliku, żeby się raczył do jego zasobów przenieść po dobroci). Skoro można, to trzeba korzystać, więc wybrałam sobie na przewodnią nutę poranka gigue (dla tych, co nie próbowali - taniec, przy którym najpierw biega się powoli, a potem coraz szybciej;).

Pobudka w tanecznym rytmie jest naprawdę o wiele łagodniejszym przejściem ze snu w jawę niż klasyczny dźwięk budzika, który powoduje, że człowiek siada na łóżku z mordem w oczach. Przyjemna muzyka powoduje, że świat wydaje się bardziej przyjazny, pozytywny, jaśniejszy...

Przy tylu zaletach system ten ma tylko jedną wadę - ciągle nie jest w stanie skłonić mnie, żebym wstała.

W związku z tym poszukiwany budzik z funkcją tarmoszenia, zabierania kołdry i zrzucania na podłogę.

Małe radości (1)

Jak to miło i wesoło, gdy sterownik dźwięku postanowi współpracować i chociaż jeden odtwarzacz muzyki na komputerze działa... Niestety, w przypadku mojego nowego systemu radość ta jest niezwykle ulotna, ale przez to większa, kiedy już się zdarzy.

Sterowniku, czy sterownik mnie słyszy?

piątek, 5 czerwca 2009

Naprzykłady

Życie jest pełne paradoksów.

Na przykład ile razy szuka się czegoś interesującego w internecie w czasie zaplanowanym na tegoż internetu przeglądanie, to nic się uparcie nie chce trafić. Ale niech się przypadkiem odpali przeglądarkę zamiast edytora tekstu w trakcie pracy, to nagle się okazuje, że czekają tam nieprzebrane wprost ilości niesamowicie ciekawych rzeczy, bez zgłębienia których nie da się przeżyć następnych pięciu minut.., piętnastu... godziny... o, znowu dzień minął jakoś tak niezauważenie.

Na przykład w kalendarzu widać gołym okiem, że jest czerwiec, a za oknem pada taki grad, że się oczy z niedowierzeniem przeciera.

Na przykład odkrywa się, że bycie naprawdę twardym polega czasem na zdjęciu pancerzyka i przyznaniu się do słabości.

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Irytujące zwyczaje i małe radości

Ludzie mają irytujące zwyczaje. Na przykład wypuszczają na rynek książki, przy czytaniu których człowiek się zastanawia, czy większe manto należy się redaktorowi, czy tłumaczowi, bo któryś ewidentnie pokpił sprawę (albo jedna z drugą, bo w przypadku, który właśnie czytam, to chyba dwie kobiety) - może i w szczegółach, ale w szczegółach, jak wiadomo...

Ale nie o tym irytucjącym zwyczaju miałam, ale o tym, co się niektórym znajomym zdarza, mianowicie o pytanie na powitanie: "co dobrego?". Bezczelne to pytanie, co narusza uświęconą cnotą narzekactwa! Zamiast bowiem odmówić standardową litanię jęków, zaczynającą się bądź kończącą nieśmiertelnym: "ale mi się nieeeee chce!" (a gdyby mi się chciało tak, jak mi się nie chce, to świat bym podniósł i bez punktu podparcia, a co!), trzeba się zastanowić i wyszukać jakiś pozytyw, ew. rzucić nazwą jakiejś potrawy i problem z glowy ;).

Umiejętność wyszukiwania plusów w sytuacji, kiedy wydaje się, że wszystkie pionowe kreseczki ktoś zwinął, jest co najmniej dobrym ćwiczeniem, podobnie jak posiadanie listy drobnych przyjemności gdzieś pod ręką, żeby potem na gwałt nie szukać, kiedy będą naprawdę potrzebne. Podobno. Tak mówią mądrzy ludzie, a ja powtarzam i udaję, że też mądra jestem, a poza tym - wiadomo, zawsze łatwiej się mądrzyć siedząc z boku ;).

Cały ten przydługi tekst ma na celu zakamuflowanie celu właściwego, czyli podzielenia się z Wami radością z niespodziewanego prezentu na Dzień Dziecka - pani dentystka stwiedziła, że nie mam nic do wiercenia. Tak świętować mogę co roku! :)

niedziela, 31 maja 2009

Ptak Grzmotu w natarciu

"Kobieto małej wiary", napisał Korespondent. Bo ja nie wierzę w ładną pogodę. Znaczy, może i wierzę, ale za oknem nie dość, że jej nie widzę, to w ogóle mało co widzę w strugach wody. Nie to, żebym nie lubiła deszczu i burz. Wręcz przeciwnie. Pod warunkiem, że jest gdzie się schować - kto przeżył ulewę pod namiotem, zrozumie. Kto przeżył ulewę w namiocie, tym bardziej.

Ciągle mi ktoś obiecuje ładną pogodę i ciągle są to obiecanki-cacanki. W Atenach przełamanie miało nastąpić na przełomie stycznia i lutego. Tam i tak jest ciepło, ale prawdziwe lato zaczęło się dwa dni przed moim wyjazdem w maju - rzeczywiście, pyk! i zrobiło się gorąco. W Polsce miało być cieplej niż w Atenach, pobyło dwa dni, a potem zaczęło lać i leje do dziś. Leje fantastycznie, kocham patrzeć na deszcz, ale trzeba będzie kiedyś z domu wyjść i mam dylemat.

Doładować kartę miejską czy przerobić rower na kajak?

piątek, 29 maja 2009

Groźby i refleksje

Ludzie, po ukończeniu szkoły podstawowej nie opłaca się przewracać. Nie dość, że wszyscy się potem śmieją (trochę im się nie dziwię), to z niesymetrycznymi obrażeniami trudno spać, bo na który bok się nie przekręci, to albo kolano piszczy wystraszone, albo łokieć jęczy: "tylko nie na mnie, ja jestem taki biedny!".

Na dodatek mgr M. zagroził, że jeżeli mu nie przyślę zdjęcia pewnych amfor, to mi nie da dotknąć kilofa. Przysłałam z wyrzutem, że to okrutny terror i jak tak w ogóle można, a on mi dzisiaj na to, kiedy przywędrowałam z dokumentami w zębach (dokumenty do wizy, a przywędrowałam tym razem bezwypadkowo - cóż za miła odmiana), że: "przecież pani lubi groźby".

Groźby lubię, a kilofa nie dam sobie odebrać, po moim... no, może nie, bo to zbyt łatwo osiągnąć w warunkach wykopaliskowych ;). Ale będę walczyć!

czwartek, 28 maja 2009

Groźna ta sztuka

Dywagacje o sztuce mogą mieć jednak opłakane skutki, a próby jej praktykowania - jeszcze gorsze.

No bo tak: poszłam dzisiaj na pewne zebranie, na które było mi potrzebne ksero paszportu. Skserowałam stronę z konterfektem i udałam się na rzeczone zebranie, na które się zresztą spóźniłam, po czym w połowie sobie przypomniałam o czymś ważnym, więc wymknęłam się chyłkiem (na ile to możliwe przy drzwiach z przodu sali) i popędziłam do ksera, z którego wydostałam swój paszport, który na szczęście grzecznie na mnie czekał.
Następnie równie pospiesznie zabrałam się z powrotem, ale na drodze stanął mi chodnik i bezczelnie podstawił nogę, w skutek czego poznałam się z nim nieco dokładniej, niż bym sobie tego życzyła. Konkretnie poznało go moje lewe kolano, prawy łokieć i lewy nadgarstek. Czyżby chodnik był wielbicielem kontrapostu?

A gdzie tu sztuka? Sztuką, proszę Państwa, jest wywalić się w jedyną kałużę w promieniu pięciu metrów. W dodatku naprawdę niewielką kałużę (po spotkaniu z moją spódnicą kałuża zrobiła się bardzo malutka, a spódnica za to nieco mokra).

Morał z tego nie płynie żaden nowy, niestety, bo że paszportu gubić nie należy, wiedzą chyba wszyscy, więc mój upadek pójdzie chyba na marne :).

wtorek, 26 maja 2009

Poradnik artysty

Dzisiejszy poradnik będzie poświęcony sztuce spadania z roweru. Oczywiście zaraz podniosą się głosy, że przecież spaść z roweru może każdy i nie jest to bynajmniej żadna sztuka.
Żyjemy jednak w czasach, kiedy sztukę robi się niemal ze wszystkiego (mniejsza o to, z jakim rezultatem czasami), więc czemu nie podnieść do tej rangi czynności tak bliskiej życiu każdego początkującego i niektórych zaawansowanych rowerzystów?

Do artystycznego upadku potrzebujemy: rowerzysty, roweru, dobrych hamulców, drogi i pobocza, przy czym niezbędna jest różnica poziomów między nawierzchnią drogi a poboczem taka mianowicie, że pobocze znajduje się niżej.

Jeżeli mamy już wszystkie niezbędne składniki i warunku, przystępujemy do realizacji.

Upadek dzieli się na: zatrzymanie, dezorientację (kiedy szukając prawą nogą gruntu znajdujemy go nieco niżej, niż oczekiwaliśmy), upadek właściwy (kiedy to z gracją nakrywamy się rowerem; większość roweru leży jednak na nas, nie na gracji, i dobrze jest wziąć to pod uwagę) i podziw ("jaki/a ja jestem zdolny/a!"). Upadek właściwy wychodzi najlepiej, kiedy pozwolimy po prostu działać siłom natury, a zwłaszcza grawitacji. Podziw również nie wymaga zbyt wielkiego nakładu pracy, pojawia się właściwie samoistnie, jako konsekwencja naszej fantastycznej wywrotki.

Należy jednak uważać, żeby nie przesadzić, ponieważ efekt artystyczny upadku zawiera się w samym jego akcie i dodatkowe skutki, zwłaszcza obrażenia ciała, są wysoce niepożądane (a obrażone ciało może się długo nie dać przeprosić).

Kiedy można wybaczyć chwastom?

Dzisiaj nie padało. Jest to pewne novum, ale niezwykle miłe (mnie w każdym razie, bo zdania roślinności nie jestem pewna). W związku z tym w napadzie miłości do przyrody wzięłam się za wyrywanie chwastów, które bezczelnie zarosły terytorium nadane winorośli (winorośl jest jeszcze słaba po zeszłorocznej przeprowadzce, więc trzeba jej nadwątlone siły oszczędzać).
I tak to chwasty żywot postradały z jednym małym wyjątkiem, mianowicie darowałam życie kępce maków, co trafiły do naszego ogrodu razem z ziemią (po przekopaniu okazało się, że gleba wyjściowa zawiera ziemi jakiś 30 cm, a potem występuje warstwa odpadów budowlanych i śmieci, więc trzeba było śmieci wyeksmitować, a braki zaziemienia uzupełnić) i jakoś się rozsiały skutecznie mimo rozproszenia górki, na której kwitły w zeszłym roku.
Nic nie poradzę, mam słabość do maków, więc póki nie chwaszczą zbyt agresywnie, tknąć ich nie dam :).

Bo jak tu uszkodzić coś tak ślicznego?

(te ze zdjęcia przyszły pocztą z południa, moje [maki, nie zdjęcia] na razie mają pączki :)

sobota, 23 maja 2009

Tajemnicze pokrewieństwo

Pojechałam na południe, gdzie słoneczko grzeje... Ano, grzać powinno cudnie, ale jakoś nie chciało, przebrzydłe słoneczko. Zamiast niego na niebie były chmury, ale one nie grzeją, jak wiadomo. A kiedy już wychodziło słońce, to i tak temperatury były raczej umiarkowane. A kiedy już temperatury zaczęły być przyzwoicie wysokie, to akurat przyszło mi wracać do domu. Tyle pociechy miałam ze słońca, że się prawie ugotowałam w Salonikach i drogę powrotną znad morza w stronę dworca znaczyłam papierkami po lodach (wrzucanymi do śmietników, a nie na chodnik, gdyby jeszcze ktoś chciał zapytać!).

Teraz jestem w Polsce i co? Wcześniej słońce, upały, cieplej niż w Grecji, a teraz co rusz deszcz mi w dach dzwoni - bardzo miło to robi, trzeba mu przyznać, ale czy to jakieś fatum jest? Gdzie nie pojadę, wlecze się za mną deszczowa pogoda. Mam nadzieję, że nikt jeszcze nie wpadł na to, że to moja wina, bo jeszcze się skończy deportacją do Afryki.

Nie wiem, czym to wyjaśnić, ale pokrewieństwo z Ptakiem Grzmotu wydaje mi się całkiem prawdopodobne (chociaż program pocztowy o tejże nazwie mam dopiero od tygodnia w końcu), tylko jak to sprawdzić?

środa, 20 maja 2009

Cuda to czy czary?

Dworzec ateński dziwnie przypominał berliński Hauptbanhof - piętra, ruchome schody, sklepy, pełno ludzi. Tylko perony miał zaledwie dwa, w dodatku znajdowały się w głębokich podziemiach. Szukałam pociągu do Salonik, ale na rozkładzie żadnego nie dało się zlokalizować, a czasu było coraz mniej - musiałam przecież zdążyć na samolot.
Krążyłam coraz bardziej zdenerwowana po tej dziwnej przestrzeni dworcowej, aż w końcu wpadła mi w ręce gazeta, z której wyczytałam, że rada starszych Salonik chce przekazać miasto Rosji, więc doszłam do wniosku, że widać z tego powodu pociągi odwołano, a i loty zapewne też.

Dzisiaj dla odmiany śnił mi się koniec świata, miejscami realistyczny, miejscami absurdalny - do tej drugiej częście należał Książę Ciemności, co miał głowę kozła i trzy porcelanowe zęby z przodu, do tego z jakimiś niebieskimi wzorkami.

Nic nie brałam przed spaniem, naprawdę ;).

poniedziałek, 18 maja 2009

Nocna dłubanina

Gdy się człowiek nocą nudzi, może wyjść z drucika ludzik:



Ma ktoś więcej takich drucików na zbyciu? To wciąga :).

niedziela, 17 maja 2009

Motto

Przeglądając, jak co dzień, taki jeden portal, znalazłam sobie chyba motto może nie dla mojej magisterki (ciągle jeszcze in spe), ale dla systemu pracy zdecydowanie.

Motto to brzmi mniej więcej tak: "Stacja kolejowa to miejsce, gdzie zatrzymuje się kolej, a u mnie na biurku jest stacja robocza".

Oj, jest...

piątek, 15 maja 2009

Zmienne i stałe

Nie wiadomo jak, ale znowu zrobił się piątek. Tydzień temu o tej porze spałam w pociągu do Salonik, a raczej przysypiałam, przysłuchując się rozmowie współpasażerów i ze średnim powodzeniem próbując udaremnić sąsiadowi z fotela obok zepchnięcie mnie w stronę okna (przez sen wykazywał skołonności do naruszania mojej przestrzeni powietrznej - jego 1,90 m wzrostu [na oko] miało problem ze zmieszczeniem się w tej przewidzianej dla jednej osoby).

Tydzień temu oddałam mojej landlady klucze od mieszkania, symbolicznie i dosłownie kończąc pół roku pobytu w Atenach.

Tydzień temu pożegnałam miasto, gdzie na chodniku można wpaść pod skuter i gdzie strajki komunikacji miejskiej zdarzają się prawie równie często jak ich brak.

Teraz pilnuję się, żeby nie pchać się na ulicę na czerwonym świetle, nie naciskać przycisku "stop" na każdym przystanku i nie komentować pod nosem działalności ludzi dookoła (bo jeszcze zrozumieją;).

Teraz chodzę i staram się dowiedzieć, czy mnie przypadkiem nie spróbują wyrzucić ze studiów, a jeżeli by spróbowali, to jak daleko rzucać będą. I jak te studia skończyć, zanim one skończą ze mną.

Jedno się tylko nie zmieniło - dalej chodzę spać o porach właściwych dla sów i wstaję rano z wyrazem twarzy niczym u obrażonego zombie.

Dobrze mieć w życiu coś stałego ;).

wtorek, 12 maja 2009

Odkrycia bez sensu

Rozmowy z Prawie-Małą-Mi (Już-Nie-Kronprinses) prowadzą do odkryczych wniosków. Dzisiaj na przykład odkryłam, że jestem jak Hydra, tylko zamiast głów mam pięty Achillesowe. Z sensem czy bez, ale jak to brzmi!

poniedziałek, 4 maja 2009

O względności czasu słów kilka

Najprostsza obserwacja względności czasu w życiu codziennym jest ponoć taka, że minuta ma różną długość, zależnie od tego, po której stronie drzwi od miejsca, gdzie król chodzi piechotą, się znajdujemy. Doświadczenie to ma tę zaletę, że jest dostępne wszystkim i łatwe do przeprowadzenia w warunkach domowych. Oczywiście chodzi o odczucie czasu, bo na zegarku każda minuta ma przecież tyle samo (a przynajmniej tak nam mówią).

Jakoś tak dziwnie bywa z czasem (uściślając - określonym okresem czasu przeznaczonym na coś konkretnego), że im więcej go jest, tym mniej intensywnie się z niego korzysta na początku i tym gwałtowniej próbuje się nadrobić braki pod koniec. Nie dotyczy to ludzi, którzy posiedli umiejętność systematycznej pracy i umieją rozłożyć zadanie w czasie i je zrealizować według planu, co pozwala im uniknąć biegania pod koniec w wywieszonym językiem, robienia stu Bardzo Ważnych Rzeczy w tydzień, pakowania się kwadrans i zapomnienia ręcznika. Podziwiam tych ludzi, zazdroszczę im, ręcznik wkładam do plecaka na początku tego kwadransa.

Ręcznik ręcznikiem, ale tak z tym czasem, wyjazdowym szczególnie, zwykle się kończy - tygodnie czy miesiące mijają bardzo spokojnie, a potem nagle, w tych ostatnich dniach, zaczyna się żyć niesamowicie intensywnie - tu trzeba jeszcze pójść, to zobaczyć, to zwiedzić, to załatwić, porozmawiać o tylu ważnych rzeczach ze wszystkimi ludźmi, którzy przez cały czas byli na wyciągnięcie ręki. Ile by się czasu nie miało, najważniejsze pytania zawsze zadaje się w ostatni wieczór czy ostatnią noc, a potem wyjeżdża się z poczuciem niedosytu.

Może to zresztą ma sens - gdyby się udało zrobić wszystko, to właściwie nie byłoby po co wracać, a ten niedosyt pcha do dalszych podróży, dalszego szukania, powrotów. Brak, bez którego utknęłoby się w miejscu. A źle jest tkwić w bezruchu (głównie duchowym zresztą).

Gorzej z czasem przeznaczonym na wykonanie zadania - jednostki ludzkie, które tak jak ja umiejętność planowania mają rozwiniętą teoretycznie i z rzadka udaje mi się ją przełożyć na praktykę, standardowo robią bardzo mało przez 3/4 czasu, a potem budzą się na ostatnią ćwiartkę okrążenia i próbują nadrobić brakujące 90% roboty. Jakoś się w większości wypadków udaje, ale żaden ze sposobów spędzania bezproduktywnie lub produktywnie w małym stopniu zasobów czasowych nie jest wart wysiłku, jaki się potem wkłada w łatanie postrzępionych nerwów. Prawie-Mała-Mi, zanim jeszcze nawet stała się Kronprinses, powiedziała, że nie warto mieć dużo czasu, bo i tak się w większości źle z niego korzysta, a kiedy jest go mało, to się pracuje porządnie. Racji do dziś jej nie mogę odmówić, przynajmniej jeżeli o mnie chodzi.

Zadanie na najbliższą i nieco dalszą przyszłość: przestawić się na "co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj" z "co masz zrobić jutro, zrób pojutrze, będziesz mieć dwa dni wolnego", bo z tymi dwoma dniami to, proszę Państwa, ściema jest, bo o siwieniu na okoliczność dnia trzeciego drobnym druczkiem dopisanym mało kto czyta.

niedziela, 3 maja 2009

Za co kochamy

Grecką wersję Windowsa kochamy za jej ekologiczność. Nie chodzi bynajmniej o to, że mniej zatruwa środowisko naturalne spokoju duszy użytkownika, bo zapewne robi to w takim samym stopniu, tylko z innym alfabetem na ekranie.
Chodzi o to, że po grecku "Kosz" nazywa się ni mniej, ni więcej, tylko "Kosz Recyklingu" (κάδος ανακύκλωσης).

Ciekawe, czy w związku z tym nowe dokumenty w Wordzie zapisuje się na arkuszach odzyskanych ze skasowanych plików?

sobota, 2 maja 2009

Zadanie na sowi rachunek prawdopodobieństwa

Mając do dyspozycji poniższą listę symptomów:

- znajomi dzwoniąc w przedziale godzinowym 12-16 zaczynają od: "wstałaś już?", ale nigdy nie pytają o to, kiedy odzywają się po 23;

- wschód słońca oglądasz przed zaśnięciem, a nigdy po obudzeniu, chyba że w zupełnie wyjątkowych okolicznościach;

- znajomi przy oglądaniu zdjęć pytają, czy to zachód słońca, a kiedy słyszą, że wschód, śmieją się i pytają, jak to możliwe, że obudziłaś się tak wcześnie;

- ci sami znajomi po całodziennej wycieczce pytają, czy dzień nie wydaje się dłuższy, kiedy się rano wstanie;

- dostajesz na urodziny budzik*;

- ludzie dzwonią rano tylko po to, żeby Cię obudzić**;

- jesteś na bieżąco z życiem sąsiedztwa o 3 w nocy***;

- mniej więcej o tej porze uzupełniasz swojego bloga o kolejny wpis;

- twojego śniadania nie można nazwać obiadem tylko ze względu na skład;

określ prawodobieństwo znalezienia się w bibliotece przed południem i niezaśnięcia w autobusie powrotnym.

*
Oto ten drań, co mnie od paru dni rano wyrywa ze snu. Niestety, nie mogę go tak po prostu posłać celnym rzutem za balkon, bo się do niego, jak to się z draniami zdarza, przywiązałam. Zwłaszcza przystojnymi, bo czy nie prezentuje się dobrze?

** Czasem im się udaje :)

*** Sąsiedztwo żyje nocnie rzadko, ale jak już się zdarzy, to się można językowo rozwinąć. Niestety, nie zawsze wypada cytować. Poza tym o trzeciej jeździ na ogół śmieciarka, którą można by zacytować, bo nie klnie, ale nie klnie zapewne dlatego, że w ogóle nie mówi.

środa, 29 kwietnia 2009

Życzenia

Dostałam i zagrozilam autorowi publikacją. A właściwie to nie tyle zagroziłam, co powiedziałam, że opublikuję. To nie groźba, bo nie było możliwości uniknięcia ;).

Państwo pozwolą: jedne z ciekawszych pod względem treści i zdecydowanie nie do pobicia, jeżeli chodzi o formę, życzenia urodzinowe:

SmFrIGplZG5vIHogcG93aWVkem9uZWsgbcOzd2
kgS29iaWV0YSBqZXN0IG3EhWRyemVqc3phIG9k
IG3EmcW8Y3p5em55LCBhbGUgbmFqd2nEmWNlai
Byb3p1bXUgbXVzaSB6dcW8ecSHIG5hIHRvLCBi
eSB1a3J5xIcgdGVuIGZha3QuIMW7eWN6xJkgYW
J5xZsgbmllIG11c2lhxYJhIHVrcnl3YcSHIGFu
aSBpbnRlbGlnZW5jamksIGFuaSB6YWludGVyZX
Nvd2HFhCwgYW5pIHByemVrb25hxYQsIGEgbHVk
emllIHoga3TDs3J5bWkgcHJ6eWpkemllIENpIH
ByYWNvd2HEhyBva2F6YWxpIHNpZSBkb2JyeW1p
IHdzcMOzxYJwcmFjb3duaWthbWkgc3ByenlqYW
rEhWN5bWkgcm96d2luacSZY2l1IHNrcnp5ZGXF
gi4gVyB0xIUga29sZWpuxIUgMTh0a8SZIHByen
lqbWlqIG5hamxlcHN6ZSDFvHljemVuaWEu

Odczytałam z pewną pomocą ;) (podział na linijki jest sztuczny, ale tekst sam się nie łamie, więc musiałam mu trochę pomóc).

wtorek, 28 kwietnia 2009

Zawsze się z tym spóźniałam

Miało być podsumowanie, ale tak intensywnie świętowałam, że w wekend czasu nie starczyło, a poniedziałek spędziłam karnie w bibliotece, i tak bilans trochę się opóźnił.

Jednak, jak mówią, co się odwlecze, to nie uciecze (więc jest szansa, że naprawdę kiedyś zostanę magistrem), zatem oto wybiórcze i niekompletne zestawienie za pierwsze ćwierćwiecze.

magisterek: 0
magisterek planowanych: 1<
lat studiowania: 6 jak dotąd

rozegranych partii szachów: 5
rozegranych partii scrabbli: skończenie, acz niepoliczalnie wiele
układań kostki Rubika zakończonych sukcesem: 1
wylicytowanych szlemów: 0

odnalezionych inskrypcji fundacyjnych: 0
poszukiwanych inskrypcji fundacyjnych: 1<

odwiedzonych muzeów archeologicznych: dużo
podróży kolejami greckimi: 1
lotów: 11
lądowań: zgadnijcie ;)
spóźnień na samolot: 1

szalików zrobionych na drutach: circa 10
swetrów: 3
serwetek, aniołków itp.: dużo
ludzi, którzy zapytali, co to jest frywolitka: też dużo

wizyt w Moskwie: 1

zgubionych bądź uszkodzonych parasolek: kilkanaście

podejść do regularnego sprzątania pokoju: średnio raz na tydzień

rejsów morskich: 1
rejsów na wielkim żaglowcu: 0

podróży stopem przez Europę: 0

spódnic: więcej niż miejsca w szafie rodziców

szaf: 0

półek na książki: 8
książek: z kontener kurzu zbierają...
uderzeń w głowę o wystającą półkę: 10
gwiazd zobaczonych przy okazji: całe konstelacje

języków obcych w planach: dużo
języków obcych opanowanych: poszukiwania trwają

obejrzanych greckich telenowel: 4
odcinków ogółem: ~400

zaliczonych greckich koncerów rockowych: 1, ale jaki!

talerzy wyrzuconych przez okno o 1 w nocy do pustego kontenera: 1

skoków z nartami do strumienia: 1

pamiętnych wycieczek do Karpacza: 1

utrat przytomności: 1,5

występów na scenie: o 4 za dużo

przespanych budzików: co najmniej połowa
budzików otrzymanych w prezencie urodzinowym: 2

zwierzątek domowych: zero
roślin uprawnych: paprotka sztuk 1

razów wylania na siebie herbaty: zbyt dużo, żeby liczyć

przeglądarek internetowych na stanie: 3

słowników: 1 półka i trochę porozrzucanych

nadbagaż: zawsze

blogów: w sumie 4

oblanych testów ze zdolności do języków: 1

zgubionych dekielków od aparatu: 1

przytulonych żółwi: 2

uratowanych dżdżownic i pająków: pół lasu

zerwanych własnołomnie podłóg: 2

zburzonych młotem pneumatycznym ścianek działowych: 1

balów historycznych: 3

odtańczonych kontredansów: nikt nie liczy

ludzi, którzy doczytali aż dotąd...? ;)

piątek, 24 kwietnia 2009

Magiczna data, choć wpis zupełnie o czym innym

Właściwie to magiczna była z pewnego bardzo konkretnego powodu w zeszłym roku. Teraz magiczna jest za to liczba taka jedna.

Wpis bardziej refleksyjny będzie nieco później, a na razie Państwo pozwolą, pragnę przedstawić:


Rzuf Maratoński, łapencje moje własne. Fauna ani flora nie ucierpiały :).


Różowe kwiatki. Nie wiem, co to za roślina, ale kwitnie fotogenicznie.


Na pochyłe drzewo wszystkie kozy, czyli dokumentacja fotograficzna wyskoków z poprzedniej notki.


Widok na góry wiosennie zielone. Latem będzie sucho. Więc po co tu ściągać latem?


Żeby podziwiać tamte widoki, trzeba się trochę powspinać. Kozy nadrzewne robią to w spódnicach. Jest jeszcze proste podejście z drugiej strony góry, ale twardziele tamtędy wyłącznie schodzą ;).

Tak między innymi wyglądała Pascha 2009.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Przeciwko stateczności

Rajstopy: [wtaw cenę] zł/€.
Frajda z wejścia na drzewo: bezcenna.
Frajda otoczenia z problemów z zejściem z drzewa: do zniesienia ;).

Drapanie się na drzewo i zarobienie z tej okazji rozlicznych zadrapań na kończynach jest rozrywką właściwą raczej nieco młodszej młodzieży niż magistrantce zbliżającej się do liczby lat, z której pierwiastek jest liczbą naturalną. Nie zmienia to jednak faktu, że wiek nie powoduje malenia frajdy ze skakania po sośnie czy innym okazie flory drzewnej - prędzej wpływa na to odbiór społeczny rzeczonego skakania, jeżeli zabawiają się tak osoby, które niby powinny cechować się już pewną statecznością.

Cóż, pal sześć stateczność, jeżeli miałaby nie pozwolić wspinać się na drzewo i wydawać potem przerażonych okrzyków ;).

sobota, 18 kwietnia 2009

W poszukiwaniu odpowiedzi na pewne pytanie

Przeglądanie statystyk odwiedzin na blogu to ciekawe zajęcie i może dostarczyć dużo rozrywki, osobliwie zaś dział poświęcony hasłom wyszukiwania, po których na tego bloga ludzie trafiają za pomocą googla. Hasła trafiają się naprawdę interesujące, podsumowanie kiedyś się w końcu pojawi, na razie jednak będzie o jednym, które ostatnio dominuje, w różnych wariantach wprawdzie, ale zawsze chodzi o to samo: "na czym polega życie", "czym jest życie", pełne zadumy "na czym to życie polega" i poetyckie bądź filozoficzne "kiedy myślę, czym jest życie".

Najprawdopodobniej wysyp poszukiwaczy sensu życia ma bezpośredni związek ze zbliżającą się porą kwitnienia kasztanów. Wówczas to nieszczęśni maturzyści, walczący ze swoimi prezentacjami, zaczynają się zastanawiać nad przedziwnymi zagadnieniami, od sposobu przedstawiania fretki i jej mistycznej roli w literaturze fantasy po rolę pizzy w życiu informatyka i poezji internetowej. Czasem trafia im się również bardziej życiowy temat, jak na przykład wyżej wspomniane życie i to, czym to życie ma być.

I siada sobie taki maturzysta i zaczyna: "Kiedy myślę, czym jest życie...", a życie kończy za niego: "...siadam i wrzucam to pytanie w google".

Ciekawa metoda, próbować dowiedzieć się, czym jest życie, za pomocą wyszukiwarki internetowej, prawda?

Ostatnio przez google szuka się chyba wszystkiego - nie to, żebym sama robiła inaczej, ale facynujące jest to, jak szybko dokonała się zmiana w podejściu do szukania - może nie wśród wszystkich, ale ktokolwiek jest na poważnie podpięty do internetu, prędzej czy później zaczyna się kontaktować ze skarbnicami wiedzy wszelakiej, czyli googlem i wikipedią, a po jakimś czasie zdaje się głównie na nie. I to jest zmiana, która się dokonała właściwie na moich własnych oczach - pokolenie kilka lat młodsze ode mnie to już są dzieci innych technologii: DVD, internet od małego, komórka od podstawówki i google, gdzie można szukać odpowiedzi na dowolne pytanie (znaleźć można na wiele z nich; czasem nawet sensowną;).

Z tych dzieci wyrasta potem młodzież licealna, która pyta, co to jest rewers.

Wszystkim, którzy tu trafiają poszukując odpowiedzi na pytanie, czym jest życie, powodzenia na maturze, o ile akurat rzeczywiście ją zdają.
A sensu życia szuka się ręcznie, a nie w komputerze ;).

piątek, 17 kwietnia 2009

Rozważania podróżne

Porządna podróż powinna trwać tyle, żeby się poczuło zmianę miejsca. Trochę ponad dwugodzinny lot z Warszawy do Aten jest bardzo wygodny, ale przemieszczenie następuje na tyle szybko, że wymaga potem dekompresji geograficznej (szczególnie kiedy się śpi na tyle mocno, że nieomal przeocza się lądowanie i dopiero sąsiadka z fotel obok mówi, że już czas wysiadać). A na dobitkę mam nieomal deja vu, tylko w drugą stronę, bo znowu poleciałam i wylądowałam w Wielki Czwartek. I teraz mam coś w rodzaju liturgicznej schizofrenii, bo w niedzielę Zmartwychwstanie, a od czterech godzin Wielki Piątek. Preludium do podróży w czasie? ;)

Pozostawanie w drodze przez dłuższy czas ma parę wad. Człowiek bywa brudny, jest raczej zmęczony, czasem znudzony, na ogół wygnieciony, marzy o prysznicu i łóżku/fotelu. Ale dzięki temu wyjęciu z życia na parę godzin oswaja się z przemieszczeniem i jego umysł nadąża za ciałem. A jak się tak wsiądzie w samolot i poleci, to głowa potem goni za powłoką cielesną z wywieszonym językiem i człowiek przez chwilę nie może zdać sobie do końca sprawy, że już jest gdzie indziej. Prosta metoda na niezły odlot, chociaż nie najtańsza ;).

Po 50 godzinach jazdy na wykopaliska jest się za to w pełni świadomym, gdzie się przebywa i że nieprzespana noc (spędzona na dworcu w Taganrogu w oczekiwaniu na pierwszą elektryczkę) bynajmniej nie zwalnia z wyruszenia standardowym bladym świtem do pracy przy chwastorwaniu (a namiot można w końcu rozbić później;).

Wniosek: śpieszmy się kochać pociągi, zwłaszcza gdy odchodzą o czasie ;).

Frajda z latania (czyli narzekalnia)

Wieki całe nie leciałam z Warszawy (swoją drogą, szkoda, że EasyJet nie kursuje na linii Grecja-Polska, bo zdecydowanie przyjemniej się nim lata niż Norwegianem), nie wiedząc, co tracę, bo rozrywki dla podróżnych przygotowują osobliwe, berlińskie i salonickie sztuczki ze znikjącym bagażem się nie umywają do okęciowej bramki.

Bramka, jak to bramka, poza tym, że przeszłam przez tęż bramkę, a bramka zaświeciła. Groźnie wyglądająca pani kazała mi zdjąć buty, przekroczyć bramkę jeszcze raz na bosaka, a następnie zajęła się ręcznym obszukiwaniem mojej nieco zestresowanej osoby (a nuż znajdzie widelec i co?). Pytam, czy może to moje spinki do włosów spowodowały reakcję bramki, a pani mi na to: "Bramka wybrała panią losowo, bo tak jest ustawiona".

To ja się pytam, gdzie tu sens, a gdzie logika?

Obrazek drugi, tym razem w roli głównej linie Norwegian.

Stewardessa przed standardowym teatrzykiem z wykorzystaniem kamizelki ratunkowej, pasa bezpieczeństwa i maski tlenowej uprzedza: "Ponieważ prezentacja jest w języku angielskim, proszę zapoznać się z instrukcją, którą znajdą państwo w schowkach w swoich fotelach". Mniejsza o to, że instrukcja jest dostępna w dwóch językach: norweskim i angielskim. Norweski ma tę zaletę, że wygląda interesująco, bo go nie znam, ale co to za wysiłek (skoro oszczędzamy lasy i nie drukujemy polskiej wersji) nagrać instrukcję po polsku i puścić z kasety? EasyJet ma prezentację po angielsku i niemiecku z teatrzykiem, a grecką nagraną i wystarczy.

Na liście plusów Norwegian ma głównie tańszą kawę.

A, konia z rzędem temu, kto mi wyjaśni, co oznacza w gazetce firmowej rzeczonych linii lotniczych reklama ubezpieczeń, wydrukowana po grecku, mówiąca, że oferuje ubezpieczenie bez nieporozumień językowych: wszystkie dokumenty i odszkodowania będą w języku norwerskim. Brawa dla tłumacza ;)?

wtorek, 14 kwietnia 2009

Nie zawsze uzasadnione syntaktycznie "bo" x3

Po czym poznać, że Prawie-Mała-Mi (niegdyś Kronprinses) tu była? Ano po tym, że dowolnym kanałem komunikacji dostaję wiadomość o treści: "zrobiłaś literówkę w ostatnim wpisie!". Bo dobrze mieć przyjaciół ;).

Mój mazurek uświadomił mi coś, czego się zupełnie nie spodziewałam, naiwne dziecko informatyka: że można nie wiedzieć, co to jest tetris. Bo skrzywienie zawodowe odzywa się w najdziwniejszych sytuacjach.

Do grupy Najbardziej Skopanych Ekranizacji, Chociaż Z Fajnym Aktorami trafia niniejszym "Hrabia Monte Christo" (dołączając tym samym do "Troi") z 2002, za moment, w którym Mercedes mówi Hrabiemu, że Albert jest jego synem. Bo są granice.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Mazurkowe perypetie

Z poradnika młodego zdobnika: jak wywołać silną reakcję emocjonalną własnej rodzicielki przy użyciu pewnej liczby migdałów bez skórki i mazurka?

Najprościej dać się ponieść natchnieniu i korygować na bieżąco wzór. Tak to z planowanej pisanki zrobiła się urna, potem wazon, amfora i w końcu jakiś nieokreślony chrząszcz, ewentualnie dziwna pszczółka. Nie to jednak wytrąciło z równowagi moją biedną mamę. Pszczółka tylko wzmocniła efekt wywołany przez pierwszego mazurka.

Właściwie nie wiem, czemu.

Co jest takiego porażającego w mazurku z tetrisem? ;)

czwartek, 9 kwietnia 2009

Odlotowe historie

Kocham ateńskie lotnisko, kocham miłością szczerą, wielką i jedyną. Za to, że tam się nie czepiają i że wpuścili moją walizkę do samolotu bez wydruku z netu potwierdzenia rezerwacji :). Ale od sztuczek z przemeblowywaniem bagażu to się chyba nie uwolnię do końca dni swoich! Na szczęście tym razem nie kazali mi zniknąć torebki, bo kilogramów było na styk.

Lot był zdumiewająco krótki - zamknęłam oczy nad Atenami, a otworzyłam w Warszawie w samym centrum Wielkiego Tygodnia. A gdzie czas na aklimatyzację? Dekompresję?

Pakując się, jak zawsze starałam się niczego nie zapomnieć. Poprzednio udało mi się w ten sposób nie wziąć ładowarki (a nie, przepraszam, to było celowe. tylko skąd ja miałam wiedzieć, że chociaż wszyscy w domu mamy telefony jednej firmy, to wszyscy poza mną mają ten nowszy model ładowarki?), a tym razem... Cóż, nie warto wyjmować z portfela czegoś małego pod hasłem, że bezpieczniej będzie nie nosić przy sobie, żeby nie zgubić. Faktycznie, nie zgubiłam. Moja polska karta SIM dalej grzecznie sobie leży na półce nad moim łóżkiem 2000 km stąd. Numer zastępczy udostępniany na życzenie ;).

Tyle wrażeń z podróży, a teraz czas na ciszę w eterze do niedzieli, więc jeszcze tylko wszystkim czytającym życzę, żeby to była naprawdę Wielka Noc.

środa, 8 kwietnia 2009

Rozwiązanie

No cóż, nikt się nie połasił na zdjęcie drożdżówki, więc zdejmę ją sama.

Odpowiedź na zagadkę jest prosta: językiem zwiniętym w trąbkę można drażnić tych, którzy nie umieją tego zrobić.

Na przykład mnie ;).

niedziela, 5 kwietnia 2009

Zagadka za 100 punktów

Zagadka brzmi: co można zrobić zwiniętym w trąbkę językiem?

Rozwiązanie zostanie podane w środę wieczorem, jak również ogłoszona zostanie losowy element danych personalnych zwycięzcy - o ile się taki znajdzie.

Nagrodą główną jest zdjęcie prawdziwej drożdżówki.

czwartek, 2 kwietnia 2009

Wiadomości z pierwszej ligi

Wyniki kolejnych rozgrywek w pucharze Whirpoola: 2,5:1 dla pralki.

Dzisiejszy dzień był świadkiem pierwszego poważnego zwycięstwa autorki - udało jej się skomponować pranie tak, że białe rzeczy białymi pozostały do czasu powieszenia ich na suszarce. Czyli tak długo, jak należało.

Za drugi sukces należy uznać zachowanie przez swetry właściwego rozmiaru - pierwsze próba zakończyła się błyskawicznym wyhodowaniem sweterka-miniaturki.

Radość z powyższych osiągnięć zakłóciła drobna wpadka w praniu ręcznym - pozostawiona bez nadzoru fioletowa bluzka, na pierwszy rzut oka wyglądająca niewinnie, zostawiła je jednym ze staników odciski palców, pardon - rękawów. Wyglądają nawet twarzowo, ale to w żaden sposób bluzki nie usprawiedliwia.

Pogoda: słupek rtęci pnie się w górę i przekroczył już 20 stopni Celsjusza (68 w skali Farenheita), ale słońce od kilku dni ukrywa się za chmurami - wieść gminna niesie, że to pył z Afryki. Pyłowi dziękujmy, prosimy o deszcz i zwrot słońca!

poniedziałek, 30 marca 2009

Kiermasz wielkanocny

Wczorajszy wieczór zdominowały naleśniki, noc pączki, a dzień dokumentacja fotograficzna kiermaszu parafialnego.

Wnioski płynące z tych doświadczeń:
- prawdziwe danie bogów to bigos;
- 30 godzin bez snu nie jest złe, nawet jeżeli potem zasypia się na dywanie;
- loterie są ekscytujące, ale wolę inne formy szczęścia niż cztery puste losy na siedem (z pozytywnych stron: mam fajną kieszonkową krowę i dostałam smycz jako nagrodę pocieszenia. moja landlady, sprzedająca losy, zaproponowała mi też magnes na lodówkę z zastrzeżeniem, żebym tego nie wieszała w mieszkaniu;);
- lustrzanka nie robi dobrych zdjęć sama z siebie, ale i tak chcę coś takiego mieć - dobrze leży w ręku i dodaje powagi, a nawet "niewyszłe" zdjęcia są o niebo lepsze niż z mojego cudu techniki;
- fajtłapa czyści nóż palcem od tej niewłaściwej strony (noża, nie palca);
- na szczęście prawie już nie ma śladu, bo fajtłapa na jednak resztki refleksu;
- zgłoszenie się do przygotowywania pączków przed poprzednim kiermaszem było dobrym natchnieniem;
- rozbijanie jajek w ilościach hurtowych jest bardzo relaksującym zajęciem;
- ciasto na naleśniki podobno raz wyszło takie, jakie miało być - reflektuje ktoś na porcję, z której wychodzi lekko licząc 50 sztuk?

Pytanie retoryczne: jak to się dzieje, że gdzie nie pójdę, ludzie od razu się orientują, że dużo gadam? Domyślni jacyś, czy co? ;)

sobota, 28 marca 2009

Obrazki z wyprawy, część druga

Łapa fajtłapy wraca do siebie wzorowo, więc kolejna porcja zdjęć ląduje:


Bujna zieleń. Tym wiosna różni się od lata, kiedy to zieleń w większości ustępuje miejsca różnym odcieniom żółtego i brązowego, a turyści masowo napływają do Grecji.


Przerwa w zaroślach.


Drzewo z korą ładnego koloru. Nie czepiać się, mi się podoba :).


Jeszcze kwiatki. Tym razem białe.


Zapora nad Maratonem. Stąd Ateńczycy mają wodę.

Tytułem bonusu: sposób na radość na cały tydzień? Usłyszeć od szesnastolatka, że się młodo wygląda ;).

czwartek, 26 marca 2009

Obrazki z wyprawy

A jednak zdjęcia będą. Na razie roślinność:


Kwiatki małe dwa.


Tenisówki z Ferrari podbijają świat (copyright by Andrzej).


Też kwiatki, ale żółte.


Wielkie drzewo, czyli platan. Tak duży, że nie chciał się zmieścić w obiektywie (a mnie się nie chciało wstać z pnia i pójść kawałek dalej;).

Po krótkim doświadczeniu z cyfrówką marzę o posiadaniu własnej. Nie znacie jakiejś loterii, gdzie można wygrać? ;)

środa, 25 marca 2009

Definicje

Dzisiaj zajmiemy się przybliżeniem znaczenia słowa "fajtłapa".

Jest to mianowicie taka osoba, która robi fajt i wskutek tego rozwala sobie łapę.

Zdjęcia z okoliczności przyrodniczych tego rozwalenia ukażą się niebawem, kiedy łapa będzie nieco bardziej nadawała się do użytku, bo w tej chwili możliwe jest wykorzystanie ok. 75% zasobów obu rąk, co trochę utrudnia pisanie i trochę bardziej obróbkę fotografii.

(nie ma się czym przejmować, kończynie nic nie jest;)

wtorek, 24 marca 2009

Jak trafić do człowieka

Jak zwykle w okolicach marca, wykopaliska dały o sobie znać w postaci maila od Doktora, czy się wybieram, na którego to maila odpisałam, że jeżeli tylko warunki pozwolą, to zdecydowanie tak. Cały czas mam nadzieję, że wykopię w końcu inskrypcję fundacyjną. Albo, na otarcie łez, chociaż jakiś większy kawałek czarki megaryjskiej.

Na przykład taki:


(te akurat pochodzą z Muzeum Agory Ateńskiej)


Nie mam, co prawda, złudzeń - kuszenie pracą moimi ulubionymi narzędziami ma na celu zdobycie siły roboczej. Niemniej wiadomość od koleżanki takiej oto treści:

"[Doktor] pokazał na spotkaniu twoje zdjęcie jako przykład dobrego machania kilofem :D"

rozbroiła mnie doszczętnie. To się nazywa poczuć docenioną ;).

niedziela, 22 marca 2009

Ku pamięci

Jest siódma. Wróciłam do domu. Jem obiad. Zaraz pójdę spać.

piątek, 20 marca 2009

Lokatorka z przymusu

Przyszła do mnie. Nie wiem skąd. Powiedzenie, że nie przyjęłam jej z otwartymi ramionami, byłoby eufemizmem, i to poważnym. Jej pojawienie się wpędziło mnie raczej w irytację, bo dobrze wiem, czego się po tego typu współlokatorce można spodziewać. Hałasy niezależnie od pory dnia, wchodzenie mi w drogę, lekceważenie mojego świętego spokoju to tylko wyjątki z listy. Jednego byłam pewna - nie będzie podbierać mi ubrań z szafy, bo zupełnie na nią nie pasują.

Po godzinie brzęczenia mi nad uchem postawiłam jej ultimatum - albo natychmiast zamilknie, albo zostanie wyeksmitowana przy użyciu środków specjalnych*.

O dziwo, od tego czasu ani szmeru nie słyszałam.

A już myślałam, że nie posłucha, bo to zwykła wielka mucha.

*grecki brukowiec, do którego w niedzielę dodają fajne płyty ;)

czwartek, 19 marca 2009

Kobiety i programowanie, czyli...

Do listy rzeczy niebezpiecznych dołączyła koszulka. Na liście kolorów niebezpiecznych umocnił swą pozycję niebieski. Z listy rzeczy białych ubyła kolejna sztuka.

Pranie to rozwijające zajęcie, chociaż doskonalenie się w nim wymaga ofiar.

wtorek, 17 marca 2009

Co mają wspólnego poczta i zegarek?

Przybyła ostatnio do mnie Gościa (bo chyba można tak powiedzieć, skoro to gość żeńskiej płci? "gościna" to by chyba żona gościa była;), a konkretnie przyleciała moimi ulubionymi lotniczymi z oddalonego o jedną strefę czasową Berlina. Przybyła i oderwała bezlitośnie od komputera, żebym jej pokazała, jak wyglądają Ateny, w których rośnie trawa. Pokazałam, co się dało, Gościa wyjechała, a ja znowu gniję przed ekranem. Jaki z tego wniosek? Goście to zdecydowanie pożyteczne zjawisko!

Nie o tym jednak dzisiaj, bo Ubuntu odmawia uparcie kontaktu z partycją, na której mam zdjęcia, a opowiadanie o wiośnie bez zdjęć ma sens, ale mniejszy, więc dzisiaj będzie wycieczka do czasów dzieciństwa.

Zamarzył mi się bowiem ostatnio zegarek. Jak znajdę taki za sensowną cenę, to nabyć nie omieszkam, ale z używaniem gorzej, bo mi się zamarzył zegarek na łańcuszku. I gdzie ja go potem będę trzymać, jak ja nieboga kieszeni nie posiadam? I jak ja go wyciągnę, żeby godzinę sprawdzić, jak ja niewiasta? A tam, nie ma co się przejmować zawczasu, skoro nie posiadam jeszcze zegarka.

Ale nie o posiadaniu miało być, ale o dzieciństwie. Otóż w czasach wczesnej młodości czytywałam sobie książki A. Szklarskiego z serii o Tomku - nie pamiętam, czy to były pierwsze książki o podróżach, które wpadły mi w ręce, ale jeżeli tak, to one odpowiadają za to, że mnie teraz nosi po świecie ;). W pierwszej z nich bohaterowi tajemniczy złodziej podwędził zegarek - potem tym złodziejem okazał się ptak gatunkiem altannik. Ptak ptakiem, ale nie do przeskoczenia dla mojego młodego umysłu okazał się opis owego zegarka, który na kopercie miał jakiś widok, nie pamiętam już nawet w tej chwili, jaki dokładnie. Za nic nie mogłam dojść, po co zegarek wkładać do koperty!

Dopiero wiele lat później, przypadkiem chyba zresztą, dowiedziałam się, o co z tą kopertą chodziło i że ona z listową nic wspólnego nie ma.

Ale co się nadziwiłam, to moje.

Wywiad przeprowadzony wśród znajomych wykazał, że nie tylko moje. Ktoś jeszcze się poczuwa? :)

Postpostowo pytanie filozoficzne: Jaki sens ma pisanie na opakowaniu sucharów, że są świeże? Czy to nie ten... no... oksymoron?

niedziela, 15 marca 2009

Na czym polega życie?

Odpowiedzi na tytułowe pytanie są różne. Jest gdzieś ponoć jakaś teoria, która głosi, że życie polega na zdobywaniu nowych doświadczeń (jeżeli się pomyliłam i jej nie było, właśnie powstała na użytek tej notki).

Wyjazd do Grecji przyniósł mi dużo nowych doświadczeń. Nauczyłam się gotować ryż, makaron i kaszę gryczaną, robić pranie (czyli obsługiwać pralkę), że niebieskie rzeczy w kombinacji z białymi dają podobny efekt, jak żółte, że jedna czarna farbująca sztuka odzieży może pozbawić bieliznę podstawy etymologicznej, itd. Mam nadzieję również nauczyć się szybko pisać magisterkę, między nami mówiąc.

Wśród niezaliczających się do naukowych doświadczeń znalazła się też produkcja pączków na skalę parafialną, a konkretnie pewne jej wycinki (jako że z kręcenia samych pączków zrezygnowałam po pierwszej próbie): przesianie 80 kg mąki, rozbijanie jajek w trzycyfrowych ilościach (na raz tak po 30, ale ile tych razów było...), odcinanie kilograma margaryny od co najmniej dziesięciokilowej kostki, nurkowanie w czterdziestokilogramowym worku mąki/cukru, rozpuszczanie przemysłowego lukru, co podejrzanie długo jest w kawałku, a nie w płynie i wyrabianie ciasta ważącego pewnie ze 20 kilo w największej misce, jaka była dostępna. To ostatnie działa na bardzo dużo mięśni i za drugim razem zaczęło mi się kręcić w głowie (nikt mnie nie maltretował, sama się zgłosiłam;).

Znajomi mówią, że ja to chyba lubię się grzebać w różnych dziwnych rzeczach.

W sumie mają rację ;).