opuściliśmy Elżbietę przysypiającą na dworcu w czwartkowy wieczór. poranek zastał ją zwiniętą w harmonijkę na poczekalniowej ławce, z której o godzinie 4:50 powstała, udała się po bagaż, a następną godzinę spędziła na ławeczce przy peronach oczekując na swój autobus. autobus pojawił się mniej więcej o czasie, przy czym raczej mniej niż więcej. pan kierowca upchnął jakoś nasze bagaże w lukach, pani sprawdzająca bilety uporała się z pasażerami "bo ja prosiłam dwa bilety, a dali mi jeden, może weźmiecie mojego syna, prooooszę" i polecielim na Szczecin, czyli do Port Kafkaz, gdzie się kończy Rosja, a zaczyna Cieśnina Kerczeńska. większości drogi Elżbieta nie pamięta, bo ją sen zmorzył po harmonijkowej nocy. budziła się tylko na postojach, a raz została przez pana kierowcę uhonorowana zadaniem pilnowania, żeby nikt nie trącił takiej dźwigienki, "bo się autobus do tyłu potoczy". się nie potoczył, bo nikomu się dźwigienki ruszać nie chciało.
pan kierowca zasługuje na osobny opis, ponieważ wydał się Elżbiecie postacią bardzo sympatyczną, jakkolwiek ani razu się nie uśmiechnął, ale znać było, że ma złote serce. tuszy był dość znacznej, poruszał się statecznie i równie statecznie mówił, a w drodze popijał zieloną herbatę Liptona (lobby niżnodońskie zdecydowanie poleca Nestea Vita'o z truskawką). Elżbietę urzekło szczególnie, jak pewnemu pasażerowi tłumaczył, żeby nie wsiadał, póki się ludzie nie umieszczą w autokarze, bo: "tu wchodzą, tu wychodzą, czasem babcia, czasem traktor" i to wszystko ze śmiertelnie poważną miną.
autobus osiągnął był Port Kafkaz przed 11, pan nas porzucił przy morskom wokzale, czyli morskim dworcu i pojechał, a lud został i zaczął się przemieszczać w stronę rzeczonego dworca, coby w kasie bilet na prom nabyć. Elżbieta stała sobie w kolejce i tyle z tego miała, że jej pani w kasie przed nosem okienko zamknęła i powiedziała, że następna tura za 20 min., więc Elżbieta machnęła ręką, oparła się o Pana Plecaka i zaczęła robić sudoku z trudnej książeczki. za nie wiadomo ile czasu okienko znowu się otworzyło i zaczęło wypluwać bilety, ludzie zaczęli ustalać, kto jest ostatni, Elżbieta w końcu nabyła kwitek uprawniający do wejścia na prom, a potem udała się stać w kolejce do kontroli bagażowo-paszportowej, która miała do wejścia na prom uprawnić ostatecznie. w kolejce do kontroli spędziła następne trudne sudoku, zawarła przelotną znajomość z kilkoma współstaczami, poklęła, pojęczała, zestresowała się przy oglądaniu paszportu, bo Pan Nadgorliwy Urzędnik chciał koniecznie studentskij biliet, a Elżbieta biliet porzuciła w domu w przekonaniu, że nikogo nie zainteresuje. koniec końców jednak dał spokój, oddał dokument i można było snuć się dalej. dalej było prześwietlenie bagażu, które niczego ciekawego nie wykazało, a w szczególności nie wykazało, że Elżbieta znowu szmugluje niedoszłe zabytki.
dalej jeszcze tylko stempelek w paszporcie i można się powlec na prom. na promie pytają, jaka narodowość i dają ukraińską kartę migracyjną, proponując wypełnienie, ale Elżbieta jest twarda i wypełnia sobie sama po porzuceniu bagażu. początkowo sądziła, że znajduje się w okolicach dziobu, ale rychło odkryła swój błąd, bo prom się był wdzięcznie obrócił i dziób się okazał być nędzną rufą, więc zamiast przyjemności z patrzenia na port przeznaczenia przyszło się gapić na mewy. długo się gapić nie dało, bo przeprawa trwała jakieś 20 min (kontrola około 2 godzin - ktoś powinien wyjść z inicjatywą, żeby odwrócić proporcje, bo znacznie przyjemniej się pływa, nawet na rufie, niż stoi z Panem Plecakiem, Panem Namiotem i małym plecakiem w kolejce). prom przybił do Port Krym, wbili stempelek, że Elżbiecie wolno zwiedzać Kercz, zapytali, gdzie będzie mieszkać i zadowolili się odpowiedzią, że nie wiadomo. następnie należało przeczekać dwie marszrutki, upchnąć się w końcu do trzeciej, przyjąć pomoc od miłego młodzieńca o wystroju na pierwszy rzut oka nieco zniechęcającym (dwa kolczyki w dolnej wardze i ogólne efekt emo) - drugi rzut i następne potwierdził, że wygląd nie całkiem świadczy - młodzieniec pomógł Elżbiecie dostać się z dworca autobusowego na kolejowy, poniósł kawałek bagażu, a potem się pożegnali. on poszedł w swoją stronę, a Elżbieta poszła się załamać pod ciężarem Pana Plecaka i kupić bilet. bilet kupiła na dzień następny i zaczęła się zastanawiać, co dalej....
niedziela, 30 sierpnia 2009
środa, 26 sierpnia 2009
Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej Ib
po drugim filmie czy też w trakcie, Elżbieta nie pomni, elektryczka dotoczyła się do celu, czy Krasnodaru. w Krasnodarze Elżbieta zakrzyknęła po grecku na widok imponującej fasady dworca i udała się na dworzec autobusowy o nieco mniej imponującej fasadzie (właściwie to absolutnie nieimponującej), dowiedziała się, że do Kerczu miejsc niet, chyba że się znajdą jakieś wolne w autobusie do Jałty, znaczy, ktoś nie przyjdzie. Elżbieta poczekała grzecznie do 22:30, ale się okazało, że niedobre ludzie przyszły wszystkie, więc musiała czekać do 6 rano na autobus do Port Kafkaz, który to port jest oknem na świat, a konkretnie na Cieśninę Kerczeńską, dawny Bosfor Kimeryjski.
spędziła w związku z tym noc na akrobatycznych snach w poczekalni, zmieniając co pół godziny bok, na który się kiwała. na szczęście kiwała się tylko z małym plecakiem, bo duży porzuciła w przechowalni, gdzie spotkała Pierwszego Dobrego Człowieka - pana obsługującego, który wziął namiot na przechowanie nie biorąc za niego dodatkowych opłat. dzięki czemu namiot spał wygodnie i bezpiecznie, w przeciwieństwie do właścicielki, która robiła różne zabawne rzeczy z kręgosłupem, żeby się jakoś ukompatybilnić z ławką. szło jak szło, ale odrobię snu udało się złapać.
co się zdarzyło dnia następnego, dowie się Drogi Czytelnik następnym razem... :)
PS. kółeczko urwane od plecaka okazało się nie być tak całkiem bezużyteczne, ponieważ chroniło przed wypadnięciem taki gwoździk, który trzymał ramię plecaka blisko stelaża. nie stało kółeczka, nie było i trzymania, więc trzeba było wiązać, niestety. drugiego kółeczka w związku z tym Elżbieta nie wyrwała, chociaż też bezczelnie parę razy przymierzało się do jej własnych spodni i ich zawartości.
spędziła w związku z tym noc na akrobatycznych snach w poczekalni, zmieniając co pół godziny bok, na który się kiwała. na szczęście kiwała się tylko z małym plecakiem, bo duży porzuciła w przechowalni, gdzie spotkała Pierwszego Dobrego Człowieka - pana obsługującego, który wziął namiot na przechowanie nie biorąc za niego dodatkowych opłat. dzięki czemu namiot spał wygodnie i bezpiecznie, w przeciwieństwie do właścicielki, która robiła różne zabawne rzeczy z kręgosłupem, żeby się jakoś ukompatybilnić z ławką. szło jak szło, ale odrobię snu udało się złapać.
co się zdarzyło dnia następnego, dowie się Drogi Czytelnik następnym razem... :)
PS. kółeczko urwane od plecaka okazało się nie być tak całkiem bezużyteczne, ponieważ chroniło przed wypadnięciem taki gwoździk, który trzymał ramię plecaka blisko stelaża. nie stało kółeczka, nie było i trzymania, więc trzeba było wiązać, niestety. drugiego kółeczka w związku z tym Elżbieta nie wyrwała, chociaż też bezczelnie parę razy przymierzało się do jej własnych spodni i ich zawartości.
Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej Ia
podróż Elżbiety zaczęła się w ostatni czwartek lipca Anno Domini 2009 o godzinie 11:54, kiedy to opuściła tak przez siebie ukochane ziemie starożytnego miasta T. i wsiadła do elektryczki zdążającej do wielkiego miasta pozbawionego atrakcji architektonicznych, czyli Rostowa nad Donem. Elżbieta tym razem nie płakała odjeżdżając, ponieważ już wiedziała, że można tu wrócić i że chociaż wyjeżdża z niechęcią, to nie na zawsze. sen ją był zmorzył szybko i droga minęła niepostrzeżenie, aż na końcu przebudził ją towarzyszący Pan Archeolog, który następnie dokonał porzucenia tejże pod kasą biletową i po krótkim pożegnaniu oddalił się w swoją stronę, a Elżbieta nabyła bilet. nie wiedząc, że właściwą jej klasą jest klasa trzecia, nabyła niechcący bilet do drugiej, ale o tym później. na razie bowiem Elżbietę czekały 3 godziny oczekiwania na dworcu, które zapełniała obserwacja panów rozmontowujących rusztowanie, a potem rozwiązywanie ciągle tego samego sudoku (gdyż albowiem chociaż napis głosił, że proste, to było trudniejsze niż najtrudniejsze z innej gazetki; wot, względność). w międzyczasie Pan Archeolog, który już załatwił swoje sprawy, objawił się spodziewanie, choć z zaskoczenia, nad głową Elżbiety i rzucił radośnie: "i tak ci nie wyjdzie". oczywiście wyszło ;).
wreszcie przyszła pora pakowania się do pociągu. Elżbieta wyszła na peron i zarzuciła plecak na ramiona, a plecak, złośliwiec, zachował się bardzo nieelegancko i wydarł jej w spodniach dziurę tam, gdzie zwykle jest tylna kieszeń. tu jednak kieszeni nie było, więc powstała dziura niezwykle przejrzysta, którą Elżbieta musiała, niczym order złośliwości przedmiotów martwych, nosić przez cztery kolejne dni. przyjrzawszy się plecakowi bliżej, zlokalizowała sprawcę dziury owej, czyli takie małe kółeczko, któremu się drucik odgiął. brzydki drucik, on nam dziurę, my go urwiem i po kłopocie. urwała Elżbieta kółko, wsiadła do pociągu, do klasy drugiej, co okazała się być całkiem luksusowa, posiadać numerowane fotele, ekran ze wszech miar ciekłokrystaliczny i klimatyzację. klimatyzacja polegała na tym, że pani prowadniczka powiedziała: "panowie, otwórzcie okna, będzie chłodniej". panowie otworzyli okna i faktycznie zrobiło się chłodniej, zwłaszcza kiedy pociąg był w ruchu. na ekranie pojawił się film produkcji lat 60-tych, "Moskwa łzom nie wierzy". niestety, Elżbieta akcję przestała śledzić dość szybko, bo jej się przysnęło. obudziła się w połowie i na koniec, co dawało nikłe podstawy do rekonstrukcji przebiegu akcji. drugi film spotkała ta sama zniewaga.
wreszcie przyszła pora pakowania się do pociągu. Elżbieta wyszła na peron i zarzuciła plecak na ramiona, a plecak, złośliwiec, zachował się bardzo nieelegancko i wydarł jej w spodniach dziurę tam, gdzie zwykle jest tylna kieszeń. tu jednak kieszeni nie było, więc powstała dziura niezwykle przejrzysta, którą Elżbieta musiała, niczym order złośliwości przedmiotów martwych, nosić przez cztery kolejne dni. przyjrzawszy się plecakowi bliżej, zlokalizowała sprawcę dziury owej, czyli takie małe kółeczko, któremu się drucik odgiął. brzydki drucik, on nam dziurę, my go urwiem i po kłopocie. urwała Elżbieta kółko, wsiadła do pociągu, do klasy drugiej, co okazała się być całkiem luksusowa, posiadać numerowane fotele, ekran ze wszech miar ciekłokrystaliczny i klimatyzację. klimatyzacja polegała na tym, że pani prowadniczka powiedziała: "panowie, otwórzcie okna, będzie chłodniej". panowie otworzyli okna i faktycznie zrobiło się chłodniej, zwłaszcza kiedy pociąg był w ruchu. na ekranie pojawił się film produkcji lat 60-tych, "Moskwa łzom nie wierzy". niestety, Elżbieta akcję przestała śledzić dość szybko, bo jej się przysnęło. obudziła się w połowie i na koniec, co dawało nikłe podstawy do rekonstrukcji przebiegu akcji. drugi film spotkała ta sama zniewaga.
niedziela, 23 sierpnia 2009
Obserwacyje
O tym, na ile naprawdę kogoś znasz, najprościej przekonać się, szukając dla niej/niego prezentu (najskuteczniej działa próba wybrania książki).
czwartek, 6 sierpnia 2009
Z życia wzięte
Scena pierwsza.
Występują: Kolega I, Kolega II, pani sprzedawczyni (postać niema).
Miejsce akcji: sklep, rosyjska wieś.
Kolega I: - Jak powiedzieć "pół chleba"?
Kolega II: - Nie można kupować połówek.
Kolega I: - A czemu tam leży pół?
Kolega II: - Widać ktoś sobie kupił.
Scena druga.
Występują: Człowiek Płci Męskiej, Zła Kobieta, grupa znajomych i zwierzę domowe.
Miejsce akcji: okolice sklepu, rosyjska wieś.
(ZK grzebie w torebce)
Człowiek: - Chodź, brzydalu!
ZK: - Już idę, tylko pieniądze schowam.
Człowiek (z wyrazem osłupienia na twarzy): - Ale ja mówiłem do psa...
Morał: Dobrze jest kontrolować na bieżąco efekty pracy nad wizerunkiem ;).
Występują: Kolega I, Kolega II, pani sprzedawczyni (postać niema).
Miejsce akcji: sklep, rosyjska wieś.
Kolega I: - Jak powiedzieć "pół chleba"?
Kolega II: - Nie można kupować połówek.
Kolega I: - A czemu tam leży pół?
Kolega II: - Widać ktoś sobie kupił.
Scena druga.
Występują: Człowiek Płci Męskiej, Zła Kobieta, grupa znajomych i zwierzę domowe.
Miejsce akcji: okolice sklepu, rosyjska wieś.
(ZK grzebie w torebce)
Człowiek: - Chodź, brzydalu!
ZK: - Już idę, tylko pieniądze schowam.
Człowiek (z wyrazem osłupienia na twarzy): - Ale ja mówiłem do psa...
Morał: Dobrze jest kontrolować na bieżąco efekty pracy nad wizerunkiem ;).
Które to jutro?
Wpis miał być jutro liczac od przedwczoraj, ale najpierw Nietakamałami odpowiedziała na mój frytkowy apel i jakoś dzień minął na konsupcji i ogladaniu fotek kamulców, skolopender i mniej lub bardziej opalonych archeologów, a dzisiaj wpadłam świtkiem koło południa (a nawet popołudnia) do Ezer, przycięłyśmy nierówno żywopłot (znaczy, ja na pewno), podziwiłam wielkiego, białego, niebieskookiego kota i trochę większą, ale nadal malutką Torpedę, objadłyśmy trochę agrestu z krzaczków i znowu dzień minął, a noc zajęło zgrywanie tony płyt z rosyjską muzyką, co się ją ze sobą ze Wschodu przywlokło.
W związku z tym ogłasza się niedotrzymanie terminu ze względów towarzyskich.
Redakcja zbyt dobrze się bawi, żeby jej było wstyd, ale postara się poprawić.
W związku z tym ogłasza się niedotrzymanie terminu ze względów towarzyskich.
Redakcja zbyt dobrze się bawi, żeby jej było wstyd, ale postara się poprawić.
wtorek, 4 sierpnia 2009
Dobrze jest mieć cel, lecz cóż, kiedy u celu okaże się, że cel zniknął?
To jest skandal... Przejechać jakieś 1600 km, przejść trzy kontrole paszportowe i zamiast wyczekiwanych przez miesiąc frytek dostać bukiet surówek?
Wiem, że zdarza mi się niewyraźnie mówić (albo może właśnie to "wyraźnie" należy do wyjątków?), ale żeby tak?
W związku z tym ogłaszam pięc sekund wołania o pomstę do nieba - na wszelki wypadek niezbyt brutalną ;). Ewentualnie można mnie zabrać na frytki, wtedy pomsta stanie się zbędna.
Po tym dramatycznym oświadczeniu wrócona na łono ojczyzny autorka idzie spać, a w najbliższych dniach dowiecie się, Państwo:
- co grozi samotnym dziewczętom śpiącym na ukraińskich dworcach;
- jakie sztuczki zna Pan Plecak;
- dlaczego warto jeździć pociągami;
- kto walczył po radzieckiej stronie w czasie wojny;
- jakie miasto zwiedziła Elżbieta, a jakie zwiedzić planowała;
oraz
- co jest niezbędne do przetrwania w obcym mieście.
Następny odcinek już jutro, zapraszamy!
Wiem, że zdarza mi się niewyraźnie mówić (albo może właśnie to "wyraźnie" należy do wyjątków?), ale żeby tak?
W związku z tym ogłaszam pięc sekund wołania o pomstę do nieba - na wszelki wypadek niezbyt brutalną ;). Ewentualnie można mnie zabrać na frytki, wtedy pomsta stanie się zbędna.
Po tym dramatycznym oświadczeniu wrócona na łono ojczyzny autorka idzie spać, a w najbliższych dniach dowiecie się, Państwo:
- co grozi samotnym dziewczętom śpiącym na ukraińskich dworcach;
- jakie sztuczki zna Pan Plecak;
- dlaczego warto jeździć pociągami;
- kto walczył po radzieckiej stronie w czasie wojny;
- jakie miasto zwiedziła Elżbieta, a jakie zwiedzić planowała;
oraz
- co jest niezbędne do przetrwania w obcym mieście.
Następny odcinek już jutro, zapraszamy!
sobota, 11 lipca 2009
Raportu ciag dalszy
W weekend mozna sie wyspac za wszystkie czasy, to znaczy mniej wiecej do 8. Potem przez okno wagonczyka badz tez tropik namiotu wdziera sie slonce i sen staje sie niemozliwoscia, a kto dostatecznie szybko nie wygrzebie sie ze swojego leza i nie przeniesie sie w cien, ryzykuje, ze chwile pozniej wyplynie ze spiwora. Mnie dzisiaj dodatkowo bezczelnie oharcowal roj much, skaczac mi po glowie i rekach i nie dajac spac. Podle, a w dodatku trudno je trafic.
Pogoda jak zwykle upalna nieziemsko, chociaz przeszla ostatnio fenomenalna burza - ciemna noc, tylko w odleglym stepie hulaly blyskawice, rozswietlajac czasem niebo na fioletowo.
Wczoraj poznalam nowa zyciowa frajde - nurkowanie w sianie. Oraz przekladanie siatki metrowej po tym, jak sie kopnelo o jeden gwozdz. Bieganie z tyczkami po polu takoz. Efekt: radosc nie z tej ziemi i niemozliwie podrapane nogi, bo szukalismy na swiezym rzysku rozoranego kurhanu.
Wykopaliska w pelni sezonu, paznokcie juz dawno przestaly sie domywac, w stoju roboczym pelno piasku, pod lozkiem pelno ziemi, we wlosach czarny pyl.
Wiecej wrazen bede chyba pisac po powrocie, bo sie odzwyczailam zupelnie od ekranu (smiech zza kadru) i nie moge przed nim zebrac slow, chociaz tutaj tyle sie dzieje. Rzeczywistosc wykopalisk jest jednak praktycznie zupelnie niewirtualna, wiec trudno ja w te wirtualna przeniesc potem na goraco, zamknac w slowach nocne spacery wsrod ruin, przemykanie sie miedzy szczeblami w plocie albo pod nim, czekanie na cudownie zimny obiadowy kompot, kapiel w chlodnym Doncu, owocowe lody ze sklepiku przy stacji i dywagacje na temat wyzszosci okraglych patyczkow nad plaskimi, wykopowa herbate w wielkim garze, doprawiona sianem, dreszcz emocji przy sprawdzaniu, czy na imadle nie ma stempla i poszukiwanie cienia w najwiekszy upal.
Zatem tylko donosze, ze czuje sie tu na swoim miejscu :).
Pogoda jak zwykle upalna nieziemsko, chociaz przeszla ostatnio fenomenalna burza - ciemna noc, tylko w odleglym stepie hulaly blyskawice, rozswietlajac czasem niebo na fioletowo.
Wczoraj poznalam nowa zyciowa frajde - nurkowanie w sianie. Oraz przekladanie siatki metrowej po tym, jak sie kopnelo o jeden gwozdz. Bieganie z tyczkami po polu takoz. Efekt: radosc nie z tej ziemi i niemozliwie podrapane nogi, bo szukalismy na swiezym rzysku rozoranego kurhanu.
Wykopaliska w pelni sezonu, paznokcie juz dawno przestaly sie domywac, w stoju roboczym pelno piasku, pod lozkiem pelno ziemi, we wlosach czarny pyl.
Wiecej wrazen bede chyba pisac po powrocie, bo sie odzwyczailam zupelnie od ekranu (smiech zza kadru) i nie moge przed nim zebrac slow, chociaz tutaj tyle sie dzieje. Rzeczywistosc wykopalisk jest jednak praktycznie zupelnie niewirtualna, wiec trudno ja w te wirtualna przeniesc potem na goraco, zamknac w slowach nocne spacery wsrod ruin, przemykanie sie miedzy szczeblami w plocie albo pod nim, czekanie na cudownie zimny obiadowy kompot, kapiel w chlodnym Doncu, owocowe lody ze sklepiku przy stacji i dywagacje na temat wyzszosci okraglych patyczkow nad plaskimi, wykopowa herbate w wielkim garze, doprawiona sianem, dreszcz emocji przy sprawdzaniu, czy na imadle nie ma stempla i poszukiwanie cienia w najwiekszy upal.
Zatem tylko donosze, ze czuje sie tu na swoim miejscu :).
sobota, 4 lipca 2009
Raport z podrozy
Pozdroz przebiegla nieomal identycznie z zeszloroczna z takim wyjatkiem, ze na trasie z Lwowa do Charkowa trafilo mi sie, po raz pierwszy w platzkartowej karierze, lozko na dole. W drodze, przyrzadziwszy juz wymyslny obiad w postaci zupki "Zloty Kurczak", odkrylam, ze calkiem zdolnie nie zabralam z domu lyzki i musialam sie ratowac zamowieniem herbaty (podanej w niesmiertelnej szklance z metalowym uchwytem i z duzymi kostkami cukru w papierku).
Upaly panuja tu standardowe, czyli straszne, za to nie ma komarow (jezeli to prawda, ze zjadly je wazki, jestem od dzisiaj wielka fanka wazek!). Dostalismy wymyslne muzealne identyfikatory, ktore sluza glownie do tego, zeby moc skorzystac z ladnej toalety - muzeum sie rozwija i probuje osiagnac poziom swiatowej atrakcji, wiec caly teren otoczyli wielkim, czarnym plotem, ucinajac przy okazji kilka sporych galezi naszym obozowym drzewom (co znacznie zmniejszylo zasoby bezcennego tutaj cienia), a wszedzie rozmiescili zolte tabliczki z drogowskazami, ktore musial projektowac ktos obdarzony duzym poczuciem humoru albo wyobraznia, bo bez zadnego z tych dwoch nie da sie nazwac naszego wychodka "tualiet bez udobstw" (czyli bez wygod), bo i "tualiet" i "bez udobstw" to niesamowicie eufemistyczne okreslenia. Uroczo rowniez wyglada strzalka z napisem "dietskaja igrowaja ploszczadka" (panstwo wybacza transkrypcje; znaczy to tyle, co placyk zabaw dla dzieci), wskazujaca na kilka zardzewialych barakow i krzaki obok naszych prysznicow (a skoro juz jestesmy przy prysznicach, to... dzialaja! co prawda tylko polowa, ale za to wszystkie trzy).
Z innych dobrych wiesci - w tym roku na obiad nie bedzie makaronu, tylko kasza gryczana. I jest kompot, ktory w tych upalach ratuje nam zycie - w przyszlym tygodniu bedzie mial sporo roboty, bo ma byc 45 stopni w cieniu, a ze my na sloncu kopiemy...
Nastepny raport przy okazji kolejnej wyprawy, o ile sie przypadkiem nie usmaze po drodze ;)
Upaly panuja tu standardowe, czyli straszne, za to nie ma komarow (jezeli to prawda, ze zjadly je wazki, jestem od dzisiaj wielka fanka wazek!). Dostalismy wymyslne muzealne identyfikatory, ktore sluza glownie do tego, zeby moc skorzystac z ladnej toalety - muzeum sie rozwija i probuje osiagnac poziom swiatowej atrakcji, wiec caly teren otoczyli wielkim, czarnym plotem, ucinajac przy okazji kilka sporych galezi naszym obozowym drzewom (co znacznie zmniejszylo zasoby bezcennego tutaj cienia), a wszedzie rozmiescili zolte tabliczki z drogowskazami, ktore musial projektowac ktos obdarzony duzym poczuciem humoru albo wyobraznia, bo bez zadnego z tych dwoch nie da sie nazwac naszego wychodka "tualiet bez udobstw" (czyli bez wygod), bo i "tualiet" i "bez udobstw" to niesamowicie eufemistyczne okreslenia. Uroczo rowniez wyglada strzalka z napisem "dietskaja igrowaja ploszczadka" (panstwo wybacza transkrypcje; znaczy to tyle, co placyk zabaw dla dzieci), wskazujaca na kilka zardzewialych barakow i krzaki obok naszych prysznicow (a skoro juz jestesmy przy prysznicach, to... dzialaja! co prawda tylko polowa, ale za to wszystkie trzy).
Z innych dobrych wiesci - w tym roku na obiad nie bedzie makaronu, tylko kasza gryczana. I jest kompot, ktory w tych upalach ratuje nam zycie - w przyszlym tygodniu bedzie mial sporo roboty, bo ma byc 45 stopni w cieniu, a ze my na sloncu kopiemy...
Nastepny raport przy okazji kolejnej wyprawy, o ile sie przypadkiem nie usmaze po drodze ;)
sobota, 27 czerwca 2009
Grunty i podróże
Grunt to nie zapomnieć paszportu, mieć rękawiczki, folię do przykrycia namiotu w razie ulewy (równie gwałtownej, jak intensywne są upały), środek na komary i dużo cierpliwości.
Grunt to nie wygrzebywać dziury w antycznym chodniku, nie trafiać szpadlem ani kilofem w centrum pochówku, obchodzić się delikatnie z polepą, grzecznie czyścić kamienie i nie nosić dwóch wiader ziemi na raz, jeżeli się jest dziewczynką.
Grunt to ziemia :).
Jedziemy w tę samą, co od dwóch lat co roku - ja, plecak, namiot i inni. Mój plecak to weteran, ma już co najmniej dziesięc lat i niejedno widział. Mój spiwór ma tyle samo, też dużo widział i stracił po drodze możliwość zapinania zamka, więc właściwie jest odmianą wąskiej kołdry zębatej na brzegach. Karimata nie ma wartości sentymentalnej, bo one nigdy długo nie żyją. Namiot jest cudowny, bo nie przepuszcza wody nawet w największą ulewę.
A ja to ja i właśnie czeka mnie samodzielne przemierzenie 1600 km, ze wsparciem autobusów, międzynarodowych pociągów i podmiejskich elektryczek.
Komu w drogę, temu bilet ;).
Grunt to nie wygrzebywać dziury w antycznym chodniku, nie trafiać szpadlem ani kilofem w centrum pochówku, obchodzić się delikatnie z polepą, grzecznie czyścić kamienie i nie nosić dwóch wiader ziemi na raz, jeżeli się jest dziewczynką.
Grunt to ziemia :).
Jedziemy w tę samą, co od dwóch lat co roku - ja, plecak, namiot i inni. Mój plecak to weteran, ma już co najmniej dziesięc lat i niejedno widział. Mój spiwór ma tyle samo, też dużo widział i stracił po drodze możliwość zapinania zamka, więc właściwie jest odmianą wąskiej kołdry zębatej na brzegach. Karimata nie ma wartości sentymentalnej, bo one nigdy długo nie żyją. Namiot jest cudowny, bo nie przepuszcza wody nawet w największą ulewę.
A ja to ja i właśnie czeka mnie samodzielne przemierzenie 1600 km, ze wsparciem autobusów, międzynarodowych pociągów i podmiejskich elektryczek.
Komu w drogę, temu bilet ;).
Subskrybuj:
Posty (Atom)