czwartek, 13 maja 2010

Zaskoczenia małe, acz znaczące

Ona była czarna. On był biały. I ono było białe.

Ona była tym, na co wyglądała. Ono było tym, na co wyglądało. On nie.

Ona i ono pasowali do siebie idealne. On zdecydowanie zaburzył tę harmonię.

Gdyż okazał się nią.

Kawa z mlekiem i solą źródłem rozczarowań w życiu prywatnym i zawodowym!

niedziela, 14 marca 2010

Wrażenia z pierwszego spotkania

Stanęli naprzeciw siebie. On spokojny, ona niepewna. On wspiął się na palce, ona wyciągnęła przed siebie dłonie, opierając je na stelażu niewidocznej sukni.

On zaprosił ją do tańca, jej zadrżały kolana. Szli ku lustrom przez zalaną słońcem salę, on swobodny, ona rozpaczliwie starając się o niczym nie zapomnieć. Nie używane od pół roku ręce przypominały o sobie na każdym kroku, nogi w każdym kroku w bok doszukiwały się ripresy.

Zdecydowanie Elżbieta i barokowy taniec nie przypadli sobie do gustu od pierwszego wejrzenia.

piątek, 26 lutego 2010

Naiwnie optymistyczny komunikat z rynku pracy

Praca ma dużo zalet. Zajmuje czas, angażuje różne pożyteczne umiejętności, przynosi pieniądze, popycha do rozwoju i takie tam.

Nie do przecenienia jest jednak to, że pozwala odkryć istnienie weekendu!

wtorek, 16 lutego 2010

Zima i zimy skutki

Pada śnieg. Drobny, biały, puszysty, obłędnie piękny śnieg. Cudownie wygląda, kiedy otula trawniki...

Za to znacznie mniej cudownie wygląda, kiedy z uporem co noc zasypuje chodnik warstą liczącą sobie od dziesięciu centymetrów wzwyż. Pal sześć machanie szuflą, ale tyle tego dobra, że już nie ma gdzie składować. Coraz poważniej noszę się z myślą o wywożeniu draństwa taczką do lasu albo na jakiś społeczny trawnik, bo w ogrodzie górki już takie porosły, że jeszcze trochę, a będzie można saneczkować na własnym podwórku.

Dzisiaj oprócz chodnika w ramach dodatkowych atrakcji wystąpił dach, który trzeba było w trybie pilnym pozbawić śniegowo-lodowej pokrywy, bo zebrało jej się na przeciekanie do środka. Weszlim z tatą na dach i po trzech godzinach wielka góra śniegu przemieściła się kilka metrów w dół. Myśmy na szczęście zostali na górze.

Na tejże górze hulał sobie wiatr i chyba polubił moje ucho prawe, bo ucho coś go tęsknie wspominało, pojękując dość załośnie i boląc perfidnie. Wara uchu od wiatru, w ruch poszedł termofor i... w tym ruchu pozostał. Próby przymocowania go jakoś do głowy, żeby uwolnić drugą rękę (jedną pisać trudno, a tłuc smoków w ogóle nie idzie), spełzły na niczym. Termofor jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przemieszczał się to do przodu, to do tyłu, a kiedy na moment się zatrzymał, rozwiązał się szalik, który miał służyć do unieruchomienia.

Są momenty w życiu, kiedy wizja posiadania kwadratowej głowy nie wydaje się całkowicie idiotyczna ;).

sobota, 30 stycznia 2010

Człowiek w warunkach miejskich

Śnieg pracowicie padał przez całą noc, wezwawszy na pomoc wiatr jako doświadczonego dekoratora. W rezultacie poranek ujrzał nierówno rozmieszczone białe zaspy w miejscu chodnika. Elżbieta wzięła zatem żółtą szuflę i poszła niwelować arcydzieła sztuki zawianej. Zniwelowała i wróciła do domu, a w domu się okazało, że w międzyczasie prąd wziął wolne i poszedł podziwiać widoki - najwyraźniej opuścił już teren osiedla, bo ciemno było wszędzie i głucho również.
Elżbieta usiadła przez bezużytecznym w takiej sytuacji komputerem i zadumała się nad powagą sytuacji: sieci nie ma, światła ani widu (a nie wszędzie w końcu okna są), czajnik elektryczny może służyć za ozdobę pokojową chwilowo - i tak dobrze, że kuchnia gazowa i że można herbatę zrobić. Ale co po herbacie?
Jakoś tak jest, że najlepiej bierze się do pracy, kiedy nie ma co robić. W Elżbiecie obudził się duch obowiązkowości i postanowiła skorzystać z okazji i posprzątać pokój, a potem, jeżeli czasu wystarczy, zrobić ciasteczka - wieczór zapowiadał się interesująco, bo świece wprawdze są, ale ani przy nich poczytać, ani telewizji pooglądać, więc ani chybi doszłoby do nadprogramowego życia rodzinnego. Jednym słowem - dzień z życia normalnego człowieka.
Stety czy też może niestety, prąd wrócił naspodziewanie szybko (pewnie go na rogatkach zawrócili za brak posiadania zgody na opuszczenie dotychczasowego miejsca pobytu) i Elżbieta zamiast zachować się jak człowiek, rzuciła się z wirtualnym mieczem na wirtualną hydrę. Pokój pozostał w stanie nieomal nietkniętym, a dobre chęci rozpełzły się po kątach.
Wielbicieli szczęśliwych zakończeń miło nam poinformować, że porządek jednak zaistniał - dnia następnego w związku z wizytą koleżanki.

czwartek, 28 stycznia 2010

Małe radości (2)

Małe radości z wielkich rzeczy: frajda o poranku, kiedy się dostanie liczący sobie około 1,6 m sopel, świeżo zerwany spod dachu. Polecam :)

piątek, 6 listopada 2009

Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej V

pomysł szalony wziął się ze zbiegu dwóch okoliczności: po pierwsze, Elżbieta doszła do wniosku, że siedząc cały dzień w Symferopolu zwariuje, ponieważ nie ma pojęcia, gdzie iść (jakkolwiek zawsze można iść po prostu najbliższą ulicą Lenina i prędzej czy później do czegoś się dojdzie); po drugie, rzuciwszy okiem na rozkład jazdy podmiejskich elektryczek, odkryła, że ma coś w rodzaju rzutu beretem (przy założeniu, że beret wystrzeli się z armaty, ale zawsze jednak) do Sewastopola. a w Sewastopolu są starożytne ruiny. nie mogąc oprzeć się tak przekonującym argumentom, Elżbieta nabyła bilet na rzeczoną elektryczkę, a korzystając z czasu pozostającego do jej odjazdu poszła upolować sobie śniadanie (kefir okazał się łatwym łupem, kiedy już wniosło się stosowną opłatę za łowy na terenie sklepu).
elektryczka pojawiła się na peronie o czasie, bardzo podobna do swoich okołorostowskich towarzyszek, odróżniały ją jednak drewniane siedzenia. ludzie wdzierali się do środka, jakby grali w krzesełka i dla ostatniego miało zabraknąć miejsca - Elżbieta nie do końca pojmowała, czemu tak robią, bo nawet po zdobyciu kolejki przez najeźdźców z dworca pozostało jeszcze sporo wolnych siedzisk, nawet przy oknie. zajęła jedno z nich, licząc na widoki, ale się częściowo przeliczyła, bo jakkolwiek widoki dopisały, to jej własne oczy odmówiły współpracy i zapadła w sen, z którego wyrwały ją dwa zdarzenia: pierwsze, pojawienie się konduktorki - na moment, i drugie, osiągnięcie stacji końcowej - skutecznie.
na peronie sewastopolskiego dworca kręciło się mnóstwo pań oferujących pokoje do wynajęcia (czemuż, ach czemuż nie mogły się tak kręcić w Kerczu?), w okolicy kas można było kupić różne przydatne rzeczy, więc Elżbieta zainwestowała w plan miasta i zlokalizowała na nim swój cel, czyli ruiny Chersonezu Taurydzkiego. następnie wyszła sobie z dworca i ruszyła przed siebie i pod górkę. po drodze zobaczyła kilka interesujących budynków, między innymi muzeum floty czarnomorskiej (niestety, tylko od zewnątrz, czego teraz trochę żałuje), sporo imponujących pomników (w tym ozdobiony postacią radzieckiego transformersa monument upamiętniający czyny bohaterów wojny lat '41-42), morze, parę skwerów i zaułek suwenirów. przekonała się po drodze, że plan jest wart nieco mniej, niż by się na pierwszy rzut oka wydawało, ponieważ ulica, która miała zaprowadzić Elżbietę do celu (i na planie wyglądała jak duża, jednolita droga), w pewnym momencie zmieniła się najpierw w coś w rodzaju szerokiej ścieżki, potem w wąską ścieżkę, potem kamieniste coś, następnie w rachityczny potok, dalej w schody i dopiero stała się na powrót ulicą. niemniej poza tą drobną nieścisłością wszystko się zgadzało i w asyście promieni słońca (by nie nazwać tego brutalnie upałem) Elżbieta po trzech godzinach zwiedzania i umiarkowanego błądzenia osiągnęła cel, czyli dotarła do starożytności.
starożytności, rozsiane na dużym kawałku terenu, miały tę zaletę, że wychodziły na morze, i tę ciekawą właściwość, że ile razy człowiekowi przeszło przez myśl, że już widział wszystko, okazywało się, że do wszystkiego jeszcze całkiem sporo brakuje. Elżbiety aparat tak był tym faktem skołowany, że w pewnym momencie zwyczajnie odmówił współpracy i Elżbieta wyszła bez zdjęć ścian pałacu i bardzo interesującego kościoła wykutego w dawnej cysternie. ot, złośliwość przedmiotów martwych... rozciągnięta też na muzeum - "anticznyj zal" był akurat w remoncie, a dział bizantyński, jakkolwiek ciekawy, nie mógł go zastąpić, i Elżbieta się obraziła. a że czas już był wracać, udała się obrażona z powrotem na dworzec. a na tym dworcu popełniła brzemienny w skutki błąd...

czwartek, 29 października 2009

Migawki z dnia

To był dziwny dzień.

Po pierwsze, wstałam o przed 7. Nawet blizej 6. Niektórzy wiedzą, że to ewenement na skalę prawie dorównującą zaćmieniu słońca, bo jeżeli o tej godzinie jestem na nogach, to znaczy zwykle, że "jeszcze", a nie "już". Ale tym razem "już" doczekało się swojej wielkiej chwili, w związku z czym dzień upłynął pod znakiem Kawy z Automatu i Wielkiego Ziewa na przemian.

Po drugie, byłam na zajęciach. Prawdziwych. Od roku mi się to nie zdarzyło, bo się włóczyłam po świecie.

Po trzecie, w trakcie omawiania fragmentu Lukrecjusza ścierka do tablicy, spoczywająca spokojnie na swoim miejscu, zsunęła się znacząco na podłogę. Bardzo znacząco.

Po czwarte, jechałam autobusem, bo uniwerek nie jabłonka i koło domu nie rośnie. W zasięgu wzroku, słuchu i sąsiadującego siedzenia jechała pewna pani i toczyła rozmowę z towarzyszącym jej panem. Rozmowa jak rozmowa, ale sposób mówienia się i wyrażania tej pani wzbudził mój głęboki podziw. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się słuchać kogoś, kto przemawia tak okrągłymi zdaniami, mówi wyraźnie, spokojnie, gestykuluje w wystudiowany idealnie sposób i emocje dobiera jak element wyglądu, zamiast je okazywać. Gdyby to mnie przyszło z nią rozmawiać, oszalałabym zapewne, więc wszystko wskazuje na to, że była psychologiem (za dodatkowy argument może posłużyć używanie w ramach dzielenia się spostrzeżeniami na temat karmy dla psów sformułowań typu "facylitacja społeczna", a przy informacji o jakichś lekach mówienie bez mrugnięcia okiem o "ośrodkowym układzie nerwowym").

Gdyby ktoś miał wątpliwości, nie uważam wbrew pozorom, że każdy psycholog to od razu wariat. Niemniej niektórzy się zdecydowanie kwalifikują :).

środa, 28 października 2009

A rok temu...

Rok temu wstałam późno, zwlekłam się z łóżka i poszłam się przejść po mieście. Pełno było wystrojonych ludzi, chmary dzieci w mundurkach - odświętny nastrój królował, jak na 28 października przystało. I było słońce. Dużo słońca. Włoczyłam się po Bibliotece Hadriana, bo do domu wracać mi się nie chciało (okno wychodzące na ścianę miało w tym swój udział).

Pół roku zleciało, jak to zwykle bywa, szybciej niż by się ktokolwiek spodziewał i Grecja przemieściła się z "teraz" do działu "wspomnienia" i "plany na przyszłość" - na szczęście przedmiot niektórych wspomnienień występuje w więcej niż jednym egzemplarzu i nie trzeba ich koniecznie zamykać w przeszłości tylko dlatego, że już się wydarzyły.

Nie wiem, kiedy znowu nadarzy się okazja do lądowania w Atenach (chociaż liczę na mniej niż trzy lata, które trwała poprzednia przerwa) czy w Grecji w ogóle, ale jeśli już się pojawi, niech nie liczy na to, że przemknie mi beczelnie koło nosa.

Są okazje, którym się nie przepuszcza ;). Zwłaszcza kiedy chodzi o powrót do małych radości życia codziennego, jak kolejna szansa na wpadnięcie pod skuter na chodniku, przechodzenie na wszystkich czerwonych światłach, nocne wyprawy do piekarni, wspinanie się na wzgórze z widokiem na inne wzgórza i wypatrywanie, czy tym razem widać morze, czy nie, trzy strajki w tygodniu, a wśród nich co najmniej dwa blokujące skutecznie komunikację miejską, podziwianie fascynującej architektury uniwersyteckiej i kwitnących drzew na wiosnę.

piątek, 23 października 2009

Właściwie to był napad, panie władzo...

Przepis na zapędzenie opornej jednostki do pracy (copyright i realizacja by NieTakaMałaMi):

1. Zjawić się w domu tejże jednostki.
2. Nie słuchać jęków ani wymówek.
3. Nie dawać się wyciągnąć na rozmowy nie na temat.
4. Wydusić z jednostki wszystko, co zrobiła.
5. Zdziwić się, że pominęła rzeczy fundamentalne.
6. Zmusić do uzupełnienia czynności pominiętych.
7. Ustalić wytyczne do dalszej pracy.
8. Zapędzić do realizacji.
9. Kontrolować realizację co jakiś czas.

W celu usprawnienia procedury należy:

1. Nie okazywać litości.
2. Ale stanowczość owszem.
3. Dużo stanowczości.
4. Jeszcze więcej stanowczości.
5. Zabrać jednostce kabel od netu i grać w mafię za jej plecami.
6. Na wypadek, gdybyście zapomnieli o stanowczości... ;)

Niezbędne akcesoria:

1. Wiedza, pomysłowość, doświadczenie, pewna doza łagodnej brutalności.

Skuteczność metody gwarantowana już od pierwszego zastosowania!

Morał: warto mieć przyjaciół co umieją pomagać bez skrupułów ani cackania się z ofiarami własnej niemocy. Naprawdę warto :)