Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 lipca 2010

Wiesci z frontu wschodniego

Byl sobie rok, ktory minal najwyrazniej, bo znowu znalezlismy sie w tym samym miejscu (oczywiscie, od kiedy Pan Tarej powiedzial, ze wszystko plynie, nie dokladnie takim samym) - wprawdzie przybylo troche latarni i cale mnostwo krzakow i trawy, ale poza tym wszystko sie zgadza. Trawa, jak zwykle, zajelismy sie na poczatku - trawokosy przy uzyciu szpadli to niezapomniene doswiadczenie, a przynajmniej tak wygladalo z daleka, bo na szczescie Pan Archeolog odniosl sie ze zrozumieniem do mojej niecheci wzgledem mozolnego rwania chwastow i zamienil je na rabanie ostow siekiera. Taka archeologie to ja moge uprawiac ;).

Na fali zmian na nowe pojawila sie tez jedna na stare - wrocil nasz odwieczny wrog, co czai sie w mroku i atakuje znienacka, a wczesniej zlosliwe bzyka do ucha. Czyli - zatrzesienie komarow. Paradoksalnie na naszym ulubionym kurhanie ich nie ma; widac zeszly w doliny, zeby nekac oboz. Wszyscy wygladaja jak ofiary tajemniczej epidemii - pokryci czerwonymi plamkami roznych rozmiarow, spod ktorych daje sie czasem dostrzec fragment skory. Prywatnie uwazam, ze te lobuzy komunikuja sie z kosmitami, bo ugryzienia na naszych nieszczesnych cialach tworza fascynujace konstelacje. Na prawej rece mam na przyklad prawie Wielki Woz (prawie, bo normalny ma 8 gwiazd, a nie 20;).

Pogoda dziwna - nie siega wiecej niz 32 stopni w cieniu, wiec marzniemy ciagle. No, moze z malymi przerwami :).

piątek, 6 listopada 2009

Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej V

pomysł szalony wziął się ze zbiegu dwóch okoliczności: po pierwsze, Elżbieta doszła do wniosku, że siedząc cały dzień w Symferopolu zwariuje, ponieważ nie ma pojęcia, gdzie iść (jakkolwiek zawsze można iść po prostu najbliższą ulicą Lenina i prędzej czy później do czegoś się dojdzie); po drugie, rzuciwszy okiem na rozkład jazdy podmiejskich elektryczek, odkryła, że ma coś w rodzaju rzutu beretem (przy założeniu, że beret wystrzeli się z armaty, ale zawsze jednak) do Sewastopola. a w Sewastopolu są starożytne ruiny. nie mogąc oprzeć się tak przekonującym argumentom, Elżbieta nabyła bilet na rzeczoną elektryczkę, a korzystając z czasu pozostającego do jej odjazdu poszła upolować sobie śniadanie (kefir okazał się łatwym łupem, kiedy już wniosło się stosowną opłatę za łowy na terenie sklepu).
elektryczka pojawiła się na peronie o czasie, bardzo podobna do swoich okołorostowskich towarzyszek, odróżniały ją jednak drewniane siedzenia. ludzie wdzierali się do środka, jakby grali w krzesełka i dla ostatniego miało zabraknąć miejsca - Elżbieta nie do końca pojmowała, czemu tak robią, bo nawet po zdobyciu kolejki przez najeźdźców z dworca pozostało jeszcze sporo wolnych siedzisk, nawet przy oknie. zajęła jedno z nich, licząc na widoki, ale się częściowo przeliczyła, bo jakkolwiek widoki dopisały, to jej własne oczy odmówiły współpracy i zapadła w sen, z którego wyrwały ją dwa zdarzenia: pierwsze, pojawienie się konduktorki - na moment, i drugie, osiągnięcie stacji końcowej - skutecznie.
na peronie sewastopolskiego dworca kręciło się mnóstwo pań oferujących pokoje do wynajęcia (czemuż, ach czemuż nie mogły się tak kręcić w Kerczu?), w okolicy kas można było kupić różne przydatne rzeczy, więc Elżbieta zainwestowała w plan miasta i zlokalizowała na nim swój cel, czyli ruiny Chersonezu Taurydzkiego. następnie wyszła sobie z dworca i ruszyła przed siebie i pod górkę. po drodze zobaczyła kilka interesujących budynków, między innymi muzeum floty czarnomorskiej (niestety, tylko od zewnątrz, czego teraz trochę żałuje), sporo imponujących pomników (w tym ozdobiony postacią radzieckiego transformersa monument upamiętniający czyny bohaterów wojny lat '41-42), morze, parę skwerów i zaułek suwenirów. przekonała się po drodze, że plan jest wart nieco mniej, niż by się na pierwszy rzut oka wydawało, ponieważ ulica, która miała zaprowadzić Elżbietę do celu (i na planie wyglądała jak duża, jednolita droga), w pewnym momencie zmieniła się najpierw w coś w rodzaju szerokiej ścieżki, potem w wąską ścieżkę, potem kamieniste coś, następnie w rachityczny potok, dalej w schody i dopiero stała się na powrót ulicą. niemniej poza tą drobną nieścisłością wszystko się zgadzało i w asyście promieni słońca (by nie nazwać tego brutalnie upałem) Elżbieta po trzech godzinach zwiedzania i umiarkowanego błądzenia osiągnęła cel, czyli dotarła do starożytności.
starożytności, rozsiane na dużym kawałku terenu, miały tę zaletę, że wychodziły na morze, i tę ciekawą właściwość, że ile razy człowiekowi przeszło przez myśl, że już widział wszystko, okazywało się, że do wszystkiego jeszcze całkiem sporo brakuje. Elżbiety aparat tak był tym faktem skołowany, że w pewnym momencie zwyczajnie odmówił współpracy i Elżbieta wyszła bez zdjęć ścian pałacu i bardzo interesującego kościoła wykutego w dawnej cysternie. ot, złośliwość przedmiotów martwych... rozciągnięta też na muzeum - "anticznyj zal" był akurat w remoncie, a dział bizantyński, jakkolwiek ciekawy, nie mógł go zastąpić, i Elżbieta się obraziła. a że czas już był wracać, udała się obrażona z powrotem na dworzec. a na tym dworcu popełniła brzemienny w skutki błąd...

poniedziałek, 28 września 2009

Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej IV

pociąg stał na peronie i wyglądał zupełnie normalnie. pewnie podejrzenia co do jego normalności wzbudziła pani prowadniczka, która obejrzała Elżbiety bilet i rzuciła, że "miejsc nie ma, sprzedali już 80 biletów". dobrze wiedzieć, normalnie taki pociąg ma miejsc w porywach 50 (na drzwiach napisane, że 30, w środku numeracja do 50 i bądź tu człowieku mądry...). Elżbieta z Panem Plecakiem na ramionach i zaciekawieniem graniczącym z obawą wstąpiła na schodki, wspięła się do wnętrza wagonu i ujrzała skupisko ludzkie. duże skupisko ludzkie. to znaczy, w skali świata było to skupisko zupełnie nieznaczne, ale w połączeniu z zamkniętą przestrzenią pociągową sprawiało wrażenie tłoku. stać przy wejściu nie było sensu, więc Elżbieta zanurzyła się odważnie w ludzką ciżbę w poszukiwaniu kawałka siedzenia, coby spocząć, i kawałka półki dla Pana Plecaka (co nie było tutaj zupełnie proste, ponieważ z braku laku co poniektórzy pasażerowie postanowili zająć również tę przestrzeń).

miejsce znalazło się na drugim końcu wagonu, bagaż wylądował na górze, Elżbieta na dole (półka bagażowa byłaby nie do pogardzenia, bo lęk wysokości można jakoś tam uspokoić, ale zdyskwalifikował ją najzwyklejszy kurz) - na siedząco wprawdzie, ale była tak zmęczona, że nie robiło jej to różnicy, bo i tak przespała znaczną większość drogi (co miało wiele zalet, a główną z nich było to, że zupełnie się nie przejmowała coraz mniejszą zawartością powietrza w okolicy). około godziny trzeciej do pociągu wsiadło mrowie nowych pasażerów, rozparcelowało się po nielicznych wolnych miejscach (których istnienia nikt by się nie domyślił, a jednak pojawiły się od razu, przywołane zaklęciem: "zsuńcie się, to się zmieścimy").

dwie godziny później Elżbieta wysiadła z pociągu w chłód poranka, osiągnąwszy cel podróży, czyli Symferopol, i obiecawszy sobie, że przy następnej jeździe taką taryfą kolejową będzie czekać na peronie pół godziny wcześniej, żeby się załapać na własną półkę sypialną.


na razie jednak powlokła się mało dostojnie do kas biletowych w celu ustalenia możliwości przemieszczenia się dalej. pierwszy pociąg do Lwowa, który miał wolne miejsca w plackarcie, odjeżdżał o dziewiątej z minutami, ale wieczorem. nic to, zawsze lepsze to niż kolejna noc na dworcu, więc Elżbieta poprosiła o bilet, otworzyła szeroko oczy, słysząc cenę, zapytała, czy aby na pewno dobrze usłyszała, dowiedziała się, że owszem, usłyszała źle o jakieś 200 hrywien, odetchnęła, zapłaciła, zapakowała bilet i poszła sobie szukać sensu życia, czyli przechowalni bagażu.

pierwszy taki przybytek okazał się standardową halą ze skrzynkami dokładnie tych samych rozmiarów, co kerczeńskie. czyli możliwości pozbycia się na trochę balastu vel kuli u nogi niet. na szczęście na planie dworca widniała też druga przechowalnia, która miała niby być bardziej ludzka, ale trudno było to sprawdzić, ponieważ za nic nie dawała się znaleźć. dopiero po kilku przebieżkach między halą główną a peronami ktoś Elżbietę sprowadził na właściwą drogę i udało się jej osiągnąć cel, a cel celem był w rzeczy samej, więc Elżbieta odtańczyła taniec radości graniczącej z ekstazą, wydała dziki okrzyk i upadła na kolana błogosławiąc niebiosa - oczywiście zrobiła to wszystko wyłącznie w swojej głowie, gdyż inaczej zamiast pisać te wspomnienia tkwiłaby w symferopolskim odpowiedniku Tworek. Pan Plecak w towarzystwie namiotu poszedł leżeć i grzecznie czekać, a właścicielka, lekka jak piórko (zgubić w minutę dwadzieścia pięć kilo to nie bagatela), poszła sprawdzić, jakie ma perspektywy na zrealizowanie odrobinę szalonego pomysłu, który przyszedł jej był do głowy...

niedziela, 30 sierpnia 2009

Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej II

opuściliśmy Elżbietę przysypiającą na dworcu w czwartkowy wieczór. poranek zastał ją zwiniętą w harmonijkę na poczekalniowej ławce, z której o godzinie 4:50 powstała, udała się po bagaż, a następną godzinę spędziła na ławeczce przy peronach oczekując na swój autobus. autobus pojawił się mniej więcej o czasie, przy czym raczej mniej niż więcej. pan kierowca upchnął jakoś nasze bagaże w lukach, pani sprawdzająca bilety uporała się z pasażerami "bo ja prosiłam dwa bilety, a dali mi jeden, może weźmiecie mojego syna, prooooszę" i polecielim na Szczecin, czyli do Port Kafkaz, gdzie się kończy Rosja, a zaczyna Cieśnina Kerczeńska. większości drogi Elżbieta nie pamięta, bo ją sen zmorzył po harmonijkowej nocy. budziła się tylko na postojach, a raz została przez pana kierowcę uhonorowana zadaniem pilnowania, żeby nikt nie trącił takiej dźwigienki, "bo się autobus do tyłu potoczy". się nie potoczył, bo nikomu się dźwigienki ruszać nie chciało.

pan kierowca zasługuje na osobny opis, ponieważ wydał się Elżbiecie postacią bardzo sympatyczną, jakkolwiek ani razu się nie uśmiechnął, ale znać było, że ma złote serce. tuszy był dość znacznej, poruszał się statecznie i równie statecznie mówił, a w drodze popijał zieloną herbatę Liptona (lobby niżnodońskie zdecydowanie poleca Nestea Vita'o z truskawką). Elżbietę urzekło szczególnie, jak pewnemu pasażerowi tłumaczył, żeby nie wsiadał, póki się ludzie nie umieszczą w autokarze, bo: "tu wchodzą, tu wychodzą, czasem babcia, czasem traktor" i to wszystko ze śmiertelnie poważną miną.

autobus osiągnął był Port Kafkaz przed 11, pan nas porzucił przy morskom wokzale, czyli morskim dworcu i pojechał, a lud został i zaczął się przemieszczać w stronę rzeczonego dworca, coby w kasie bilet na prom nabyć. Elżbieta stała sobie w kolejce i tyle z tego miała, że jej pani w kasie przed nosem okienko zamknęła i powiedziała, że następna tura za 20 min., więc Elżbieta machnęła ręką, oparła się o Pana Plecaka i zaczęła robić sudoku z trudnej książeczki. za nie wiadomo ile czasu okienko znowu się otworzyło i zaczęło wypluwać bilety, ludzie zaczęli ustalać, kto jest ostatni, Elżbieta w końcu nabyła kwitek uprawniający do wejścia na prom, a potem udała się stać w kolejce do kontroli bagażowo-paszportowej, która miała do wejścia na prom uprawnić ostatecznie. w kolejce do kontroli spędziła następne trudne sudoku, zawarła przelotną znajomość z kilkoma współstaczami, poklęła, pojęczała, zestresowała się przy oglądaniu paszportu, bo Pan Nadgorliwy Urzędnik chciał koniecznie studentskij biliet, a Elżbieta biliet porzuciła w domu w przekonaniu, że nikogo nie zainteresuje. koniec końców jednak dał spokój, oddał dokument i można było snuć się dalej. dalej było prześwietlenie bagażu, które niczego ciekawego nie wykazało, a w szczególności nie wykazało, że Elżbieta znowu szmugluje niedoszłe zabytki.

dalej jeszcze tylko stempelek w paszporcie i można się powlec na prom. na promie pytają, jaka narodowość i dają ukraińską kartę migracyjną, proponując wypełnienie, ale Elżbieta jest twarda i wypełnia sobie sama po porzuceniu bagażu. początkowo sądziła, że znajduje się w okolicach dziobu, ale rychło odkryła swój błąd, bo prom się był wdzięcznie obrócił i dziób się okazał być nędzną rufą, więc zamiast przyjemności z patrzenia na port przeznaczenia przyszło się gapić na mewy. długo się gapić nie dało, bo przeprawa trwała jakieś 20 min (kontrola około 2 godzin - ktoś powinien wyjść z inicjatywą, żeby odwrócić proporcje, bo znacznie przyjemniej się pływa, nawet na rufie, niż stoi z Panem Plecakiem, Panem Namiotem i małym plecakiem w kolejce). prom przybił do Port Krym, wbili stempelek, że Elżbiecie wolno zwiedzać Kercz, zapytali, gdzie będzie mieszkać i zadowolili się odpowiedzią, że nie wiadomo. następnie należało przeczekać dwie marszrutki, upchnąć się w końcu do trzeciej, przyjąć pomoc od miłego młodzieńca o wystroju na pierwszy rzut oka nieco zniechęcającym (dwa kolczyki w dolnej wardze i ogólne efekt emo) - drugi rzut i następne potwierdził, że wygląd nie całkiem świadczy - młodzieniec pomógł Elżbiecie dostać się z dworca autobusowego na kolejowy, poniósł kawałek bagażu, a potem się pożegnali. on poszedł w swoją stronę, a Elżbieta poszła się załamać pod ciężarem Pana Plecaka i kupić bilet. bilet kupiła na dzień następny i zaczęła się zastanawiać, co dalej....

środa, 26 sierpnia 2009

Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej Ia

podróż Elżbiety zaczęła się w ostatni czwartek lipca Anno Domini 2009 o godzinie 11:54, kiedy to opuściła tak przez siebie ukochane ziemie starożytnego miasta T. i wsiadła do elektryczki zdążającej do wielkiego miasta pozbawionego atrakcji architektonicznych, czyli Rostowa nad Donem. Elżbieta tym razem nie płakała odjeżdżając, ponieważ już wiedziała, że można tu wrócić i że chociaż wyjeżdża z niechęcią, to nie na zawsze. sen ją był zmorzył szybko i droga minęła niepostrzeżenie, aż na końcu przebudził ją towarzyszący Pan Archeolog, który następnie dokonał porzucenia tejże pod kasą biletową i po krótkim pożegnaniu oddalił się w swoją stronę, a Elżbieta nabyła bilet. nie wiedząc, że właściwą jej klasą jest klasa trzecia, nabyła niechcący bilet do drugiej, ale o tym później. na razie bowiem Elżbietę czekały 3 godziny oczekiwania na dworcu, które zapełniała obserwacja panów rozmontowujących rusztowanie, a potem rozwiązywanie ciągle tego samego sudoku (gdyż albowiem chociaż napis głosił, że proste, to było trudniejsze niż najtrudniejsze z innej gazetki; wot, względność). w międzyczasie Pan Archeolog, który już załatwił swoje sprawy, objawił się spodziewanie, choć z zaskoczenia, nad głową Elżbiety i rzucił radośnie: "i tak ci nie wyjdzie". oczywiście wyszło ;).
wreszcie przyszła pora pakowania się do pociągu. Elżbieta wyszła na peron i zarzuciła plecak na ramiona, a plecak, złośliwiec, zachował się bardzo nieelegancko i wydarł jej w spodniach dziurę tam, gdzie zwykle jest tylna kieszeń. tu jednak kieszeni nie było, więc powstała dziura niezwykle przejrzysta, którą Elżbieta musiała, niczym order złośliwości przedmiotów martwych, nosić przez cztery kolejne dni. przyjrzawszy się plecakowi bliżej, zlokalizowała sprawcę dziury owej, czyli takie małe kółeczko, któremu się drucik odgiął. brzydki drucik, on nam dziurę, my go urwiem i po kłopocie. urwała Elżbieta kółko, wsiadła do pociągu, do klasy drugiej, co okazała się być całkiem luksusowa, posiadać numerowane fotele, ekran ze wszech miar ciekłokrystaliczny i klimatyzację. klimatyzacja polegała na tym, że pani prowadniczka powiedziała: "panowie, otwórzcie okna, będzie chłodniej". panowie otworzyli okna i faktycznie zrobiło się chłodniej, zwłaszcza kiedy pociąg był w ruchu. na ekranie pojawił się film produkcji lat 60-tych, "Moskwa łzom nie wierzy". niestety, Elżbieta akcję przestała śledzić dość szybko, bo jej się przysnęło. obudziła się w połowie i na koniec, co dawało nikłe podstawy do rekonstrukcji przebiegu akcji. drugi film spotkała ta sama zniewaga.