Śnieg pracowicie padał przez całą noc, wezwawszy na pomoc wiatr jako doświadczonego dekoratora. W rezultacie poranek ujrzał nierówno rozmieszczone białe zaspy w miejscu chodnika. Elżbieta wzięła zatem żółtą szuflę i poszła niwelować arcydzieła sztuki zawianej. Zniwelowała i wróciła do domu, a w domu się okazało, że w międzyczasie prąd wziął wolne i poszedł podziwiać widoki - najwyraźniej opuścił już teren osiedla, bo ciemno było wszędzie i głucho również.
Elżbieta usiadła przez bezużytecznym w takiej sytuacji komputerem i zadumała się nad powagą sytuacji: sieci nie ma, światła ani widu (a nie wszędzie w końcu okna są), czajnik elektryczny może służyć za ozdobę pokojową chwilowo - i tak dobrze, że kuchnia gazowa i że można herbatę zrobić. Ale co po herbacie?
Jakoś tak jest, że najlepiej bierze się do pracy, kiedy nie ma co robić. W Elżbiecie obudził się duch obowiązkowości i postanowiła skorzystać z okazji i posprzątać pokój, a potem, jeżeli czasu wystarczy, zrobić ciasteczka - wieczór zapowiadał się interesująco, bo świece wprawdze są, ale ani przy nich poczytać, ani telewizji pooglądać, więc ani chybi doszłoby do nadprogramowego życia rodzinnego. Jednym słowem - dzień z życia normalnego człowieka.
Stety czy też może niestety, prąd wrócił naspodziewanie szybko (pewnie go na rogatkach zawrócili za brak posiadania zgody na opuszczenie dotychczasowego miejsca pobytu) i Elżbieta zamiast zachować się jak człowiek, rzuciła się z wirtualnym mieczem na wirtualną hydrę. Pokój pozostał w stanie nieomal nietkniętym, a dobre chęci rozpełzły się po kątach.
Wielbicieli szczęśliwych zakończeń miło nam poinformować, że porządek jednak zaistniał - dnia następnego w związku z wizytą koleżanki.
sobota, 30 stycznia 2010
czwartek, 28 stycznia 2010
Małe radości (2)
Małe radości z wielkich rzeczy: frajda o poranku, kiedy się dostanie liczący sobie około 1,6 m sopel, świeżo zerwany spod dachu. Polecam :)
piątek, 6 listopada 2009
Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej V
pomysł szalony wziął się ze zbiegu dwóch okoliczności: po pierwsze, Elżbieta doszła do wniosku, że siedząc cały dzień w Symferopolu zwariuje, ponieważ nie ma pojęcia, gdzie iść (jakkolwiek zawsze można iść po prostu najbliższą ulicą Lenina i prędzej czy później do czegoś się dojdzie); po drugie, rzuciwszy okiem na rozkład jazdy podmiejskich elektryczek, odkryła, że ma coś w rodzaju rzutu beretem (przy założeniu, że beret wystrzeli się z armaty, ale zawsze jednak) do Sewastopola. a w Sewastopolu są starożytne ruiny. nie mogąc oprzeć się tak przekonującym argumentom, Elżbieta nabyła bilet na rzeczoną elektryczkę, a korzystając z czasu pozostającego do jej odjazdu poszła upolować sobie śniadanie (kefir okazał się łatwym łupem, kiedy już wniosło się stosowną opłatę za łowy na terenie sklepu).
elektryczka pojawiła się na peronie o czasie, bardzo podobna do swoich okołorostowskich towarzyszek, odróżniały ją jednak drewniane siedzenia. ludzie wdzierali się do środka, jakby grali w krzesełka i dla ostatniego miało zabraknąć miejsca - Elżbieta nie do końca pojmowała, czemu tak robią, bo nawet po zdobyciu kolejki przez najeźdźców z dworca pozostało jeszcze sporo wolnych siedzisk, nawet przy oknie. zajęła jedno z nich, licząc na widoki, ale się częściowo przeliczyła, bo jakkolwiek widoki dopisały, to jej własne oczy odmówiły współpracy i zapadła w sen, z którego wyrwały ją dwa zdarzenia: pierwsze, pojawienie się konduktorki - na moment, i drugie, osiągnięcie stacji końcowej - skutecznie.
na peronie sewastopolskiego dworca kręciło się mnóstwo pań oferujących pokoje do wynajęcia (czemuż, ach czemuż nie mogły się tak kręcić w Kerczu?), w okolicy kas można było kupić różne przydatne rzeczy, więc Elżbieta zainwestowała w plan miasta i zlokalizowała na nim swój cel, czyli ruiny Chersonezu Taurydzkiego. następnie wyszła sobie z dworca i ruszyła przed siebie i pod górkę. po drodze zobaczyła kilka interesujących budynków, między innymi muzeum floty czarnomorskiej (niestety, tylko od zewnątrz, czego teraz trochę żałuje), sporo imponujących pomników (w tym ozdobiony postacią radzieckiego transformersa monument upamiętniający czyny bohaterów wojny lat '41-42), morze, parę skwerów i zaułek suwenirów. przekonała się po drodze, że plan jest wart nieco mniej, niż by się na pierwszy rzut oka wydawało, ponieważ ulica, która miała zaprowadzić Elżbietę do celu (i na planie wyglądała jak duża, jednolita droga), w pewnym momencie zmieniła się najpierw w coś w rodzaju szerokiej ścieżki, potem w wąską ścieżkę, potem kamieniste coś, następnie w rachityczny potok, dalej w schody i dopiero stała się na powrót ulicą. niemniej poza tą drobną nieścisłością wszystko się zgadzało i w asyście promieni słońca (by nie nazwać tego brutalnie upałem) Elżbieta po trzech godzinach zwiedzania i umiarkowanego błądzenia osiągnęła cel, czyli dotarła do starożytności.
starożytności, rozsiane na dużym kawałku terenu, miały tę zaletę, że wychodziły na morze, i tę ciekawą właściwość, że ile razy człowiekowi przeszło przez myśl, że już widział wszystko, okazywało się, że do wszystkiego jeszcze całkiem sporo brakuje. Elżbiety aparat tak był tym faktem skołowany, że w pewnym momencie zwyczajnie odmówił współpracy i Elżbieta wyszła bez zdjęć ścian pałacu i bardzo interesującego kościoła wykutego w dawnej cysternie. ot, złośliwość przedmiotów martwych... rozciągnięta też na muzeum - "anticznyj zal" był akurat w remoncie, a dział bizantyński, jakkolwiek ciekawy, nie mógł go zastąpić, i Elżbieta się obraziła. a że czas już był wracać, udała się obrażona z powrotem na dworzec. a na tym dworcu popełniła brzemienny w skutki błąd...
elektryczka pojawiła się na peronie o czasie, bardzo podobna do swoich okołorostowskich towarzyszek, odróżniały ją jednak drewniane siedzenia. ludzie wdzierali się do środka, jakby grali w krzesełka i dla ostatniego miało zabraknąć miejsca - Elżbieta nie do końca pojmowała, czemu tak robią, bo nawet po zdobyciu kolejki przez najeźdźców z dworca pozostało jeszcze sporo wolnych siedzisk, nawet przy oknie. zajęła jedno z nich, licząc na widoki, ale się częściowo przeliczyła, bo jakkolwiek widoki dopisały, to jej własne oczy odmówiły współpracy i zapadła w sen, z którego wyrwały ją dwa zdarzenia: pierwsze, pojawienie się konduktorki - na moment, i drugie, osiągnięcie stacji końcowej - skutecznie.
na peronie sewastopolskiego dworca kręciło się mnóstwo pań oferujących pokoje do wynajęcia (czemuż, ach czemuż nie mogły się tak kręcić w Kerczu?), w okolicy kas można było kupić różne przydatne rzeczy, więc Elżbieta zainwestowała w plan miasta i zlokalizowała na nim swój cel, czyli ruiny Chersonezu Taurydzkiego. następnie wyszła sobie z dworca i ruszyła przed siebie i pod górkę. po drodze zobaczyła kilka interesujących budynków, między innymi muzeum floty czarnomorskiej (niestety, tylko od zewnątrz, czego teraz trochę żałuje), sporo imponujących pomników (w tym ozdobiony postacią radzieckiego transformersa monument upamiętniający czyny bohaterów wojny lat '41-42), morze, parę skwerów i zaułek suwenirów. przekonała się po drodze, że plan jest wart nieco mniej, niż by się na pierwszy rzut oka wydawało, ponieważ ulica, która miała zaprowadzić Elżbietę do celu (i na planie wyglądała jak duża, jednolita droga), w pewnym momencie zmieniła się najpierw w coś w rodzaju szerokiej ścieżki, potem w wąską ścieżkę, potem kamieniste coś, następnie w rachityczny potok, dalej w schody i dopiero stała się na powrót ulicą. niemniej poza tą drobną nieścisłością wszystko się zgadzało i w asyście promieni słońca (by nie nazwać tego brutalnie upałem) Elżbieta po trzech godzinach zwiedzania i umiarkowanego błądzenia osiągnęła cel, czyli dotarła do starożytności.
starożytności, rozsiane na dużym kawałku terenu, miały tę zaletę, że wychodziły na morze, i tę ciekawą właściwość, że ile razy człowiekowi przeszło przez myśl, że już widział wszystko, okazywało się, że do wszystkiego jeszcze całkiem sporo brakuje. Elżbiety aparat tak był tym faktem skołowany, że w pewnym momencie zwyczajnie odmówił współpracy i Elżbieta wyszła bez zdjęć ścian pałacu i bardzo interesującego kościoła wykutego w dawnej cysternie. ot, złośliwość przedmiotów martwych... rozciągnięta też na muzeum - "anticznyj zal" był akurat w remoncie, a dział bizantyński, jakkolwiek ciekawy, nie mógł go zastąpić, i Elżbieta się obraziła. a że czas już był wracać, udała się obrażona z powrotem na dworzec. a na tym dworcu popełniła brzemienny w skutki błąd...
czwartek, 29 października 2009
Migawki z dnia
To był dziwny dzień.
Po pierwsze, wstałam o przed 7. Nawet blizej 6. Niektórzy wiedzą, że to ewenement na skalę prawie dorównującą zaćmieniu słońca, bo jeżeli o tej godzinie jestem na nogach, to znaczy zwykle, że "jeszcze", a nie "już". Ale tym razem "już" doczekało się swojej wielkiej chwili, w związku z czym dzień upłynął pod znakiem Kawy z Automatu i Wielkiego Ziewa na przemian.
Po drugie, byłam na zajęciach. Prawdziwych. Od roku mi się to nie zdarzyło, bo się włóczyłam po świecie.
Po trzecie, w trakcie omawiania fragmentu Lukrecjusza ścierka do tablicy, spoczywająca spokojnie na swoim miejscu, zsunęła się znacząco na podłogę. Bardzo znacząco.
Po czwarte, jechałam autobusem, bo uniwerek nie jabłonka i koło domu nie rośnie. W zasięgu wzroku, słuchu i sąsiadującego siedzenia jechała pewna pani i toczyła rozmowę z towarzyszącym jej panem. Rozmowa jak rozmowa, ale sposób mówienia się i wyrażania tej pani wzbudził mój głęboki podziw. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się słuchać kogoś, kto przemawia tak okrągłymi zdaniami, mówi wyraźnie, spokojnie, gestykuluje w wystudiowany idealnie sposób i emocje dobiera jak element wyglądu, zamiast je okazywać. Gdyby to mnie przyszło z nią rozmawiać, oszalałabym zapewne, więc wszystko wskazuje na to, że była psychologiem (za dodatkowy argument może posłużyć używanie w ramach dzielenia się spostrzeżeniami na temat karmy dla psów sformułowań typu "facylitacja społeczna", a przy informacji o jakichś lekach mówienie bez mrugnięcia okiem o "ośrodkowym układzie nerwowym").
Gdyby ktoś miał wątpliwości, nie uważam wbrew pozorom, że każdy psycholog to od razu wariat. Niemniej niektórzy się zdecydowanie kwalifikują :).
Po pierwsze, wstałam o przed 7. Nawet blizej 6. Niektórzy wiedzą, że to ewenement na skalę prawie dorównującą zaćmieniu słońca, bo jeżeli o tej godzinie jestem na nogach, to znaczy zwykle, że "jeszcze", a nie "już". Ale tym razem "już" doczekało się swojej wielkiej chwili, w związku z czym dzień upłynął pod znakiem Kawy z Automatu i Wielkiego Ziewa na przemian.
Po drugie, byłam na zajęciach. Prawdziwych. Od roku mi się to nie zdarzyło, bo się włóczyłam po świecie.
Po trzecie, w trakcie omawiania fragmentu Lukrecjusza ścierka do tablicy, spoczywająca spokojnie na swoim miejscu, zsunęła się znacząco na podłogę. Bardzo znacząco.
Po czwarte, jechałam autobusem, bo uniwerek nie jabłonka i koło domu nie rośnie. W zasięgu wzroku, słuchu i sąsiadującego siedzenia jechała pewna pani i toczyła rozmowę z towarzyszącym jej panem. Rozmowa jak rozmowa, ale sposób mówienia się i wyrażania tej pani wzbudził mój głęboki podziw. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się słuchać kogoś, kto przemawia tak okrągłymi zdaniami, mówi wyraźnie, spokojnie, gestykuluje w wystudiowany idealnie sposób i emocje dobiera jak element wyglądu, zamiast je okazywać. Gdyby to mnie przyszło z nią rozmawiać, oszalałabym zapewne, więc wszystko wskazuje na to, że była psychologiem (za dodatkowy argument może posłużyć używanie w ramach dzielenia się spostrzeżeniami na temat karmy dla psów sformułowań typu "facylitacja społeczna", a przy informacji o jakichś lekach mówienie bez mrugnięcia okiem o "ośrodkowym układzie nerwowym").
Gdyby ktoś miał wątpliwości, nie uważam wbrew pozorom, że każdy psycholog to od razu wariat. Niemniej niektórzy się zdecydowanie kwalifikują :).
środa, 28 października 2009
A rok temu...
Rok temu wstałam późno, zwlekłam się z łóżka i poszłam się przejść po mieście. Pełno było wystrojonych ludzi, chmary dzieci w mundurkach - odświętny nastrój królował, jak na 28 października przystało. I było słońce. Dużo słońca. Włoczyłam się po Bibliotece Hadriana, bo do domu wracać mi się nie chciało (okno wychodzące na ścianę miało w tym swój udział).
Pół roku zleciało, jak to zwykle bywa, szybciej niż by się ktokolwiek spodziewał i Grecja przemieściła się z "teraz" do działu "wspomnienia" i "plany na przyszłość" - na szczęście przedmiot niektórych wspomnienień występuje w więcej niż jednym egzemplarzu i nie trzeba ich koniecznie zamykać w przeszłości tylko dlatego, że już się wydarzyły.
Nie wiem, kiedy znowu nadarzy się okazja do lądowania w Atenach (chociaż liczę na mniej niż trzy lata, które trwała poprzednia przerwa) czy w Grecji w ogóle, ale jeśli już się pojawi, niech nie liczy na to, że przemknie mi beczelnie koło nosa.
Są okazje, którym się nie przepuszcza ;). Zwłaszcza kiedy chodzi o powrót do małych radości życia codziennego, jak kolejna szansa na wpadnięcie pod skuter na chodniku, przechodzenie na wszystkich czerwonych światłach, nocne wyprawy do piekarni, wspinanie się na wzgórze z widokiem na inne wzgórza i wypatrywanie, czy tym razem widać morze, czy nie, trzy strajki w tygodniu, a wśród nich co najmniej dwa blokujące skutecznie komunikację miejską, podziwianie fascynującej architektury uniwersyteckiej i kwitnących drzew na wiosnę.
Pół roku zleciało, jak to zwykle bywa, szybciej niż by się ktokolwiek spodziewał i Grecja przemieściła się z "teraz" do działu "wspomnienia" i "plany na przyszłość" - na szczęście przedmiot niektórych wspomnienień występuje w więcej niż jednym egzemplarzu i nie trzeba ich koniecznie zamykać w przeszłości tylko dlatego, że już się wydarzyły.
Nie wiem, kiedy znowu nadarzy się okazja do lądowania w Atenach (chociaż liczę na mniej niż trzy lata, które trwała poprzednia przerwa) czy w Grecji w ogóle, ale jeśli już się pojawi, niech nie liczy na to, że przemknie mi beczelnie koło nosa.
Są okazje, którym się nie przepuszcza ;). Zwłaszcza kiedy chodzi o powrót do małych radości życia codziennego, jak kolejna szansa na wpadnięcie pod skuter na chodniku, przechodzenie na wszystkich czerwonych światłach, nocne wyprawy do piekarni, wspinanie się na wzgórze z widokiem na inne wzgórza i wypatrywanie, czy tym razem widać morze, czy nie, trzy strajki w tygodniu, a wśród nich co najmniej dwa blokujące skutecznie komunikację miejską, podziwianie fascynującej architektury uniwersyteckiej i kwitnących drzew na wiosnę.
piątek, 23 października 2009
Właściwie to był napad, panie władzo...
Przepis na zapędzenie opornej jednostki do pracy (copyright i realizacja by NieTakaMałaMi):
1. Zjawić się w domu tejże jednostki.
2. Nie słuchać jęków ani wymówek.
3. Nie dawać się wyciągnąć na rozmowy nie na temat.
4. Wydusić z jednostki wszystko, co zrobiła.
5. Zdziwić się, że pominęła rzeczy fundamentalne.
6. Zmusić do uzupełnienia czynności pominiętych.
7. Ustalić wytyczne do dalszej pracy.
8. Zapędzić do realizacji.
9. Kontrolować realizację co jakiś czas.
W celu usprawnienia procedury należy:
1. Nie okazywać litości.
2. Ale stanowczość owszem.
3. Dużo stanowczości.
4. Jeszcze więcej stanowczości.
5. Zabrać jednostce kabel od netu i grać w mafię za jej plecami.
6. Na wypadek, gdybyście zapomnieli o stanowczości... ;)
Niezbędne akcesoria:
1. Wiedza, pomysłowość, doświadczenie, pewna doza łagodnej brutalności.
Skuteczność metody gwarantowana już od pierwszego zastosowania!
Morał: warto mieć przyjaciół co umieją pomagać bez skrupułów ani cackania się z ofiarami własnej niemocy. Naprawdę warto :)
1. Zjawić się w domu tejże jednostki.
2. Nie słuchać jęków ani wymówek.
3. Nie dawać się wyciągnąć na rozmowy nie na temat.
4. Wydusić z jednostki wszystko, co zrobiła.
5. Zdziwić się, że pominęła rzeczy fundamentalne.
6. Zmusić do uzupełnienia czynności pominiętych.
7. Ustalić wytyczne do dalszej pracy.
8. Zapędzić do realizacji.
9. Kontrolować realizację co jakiś czas.
W celu usprawnienia procedury należy:
1. Nie okazywać litości.
2. Ale stanowczość owszem.
3. Dużo stanowczości.
4. Jeszcze więcej stanowczości.
5. Zabrać jednostce kabel od netu i grać w mafię za jej plecami.
6. Na wypadek, gdybyście zapomnieli o stanowczości... ;)
Niezbędne akcesoria:
1. Wiedza, pomysłowość, doświadczenie, pewna doza łagodnej brutalności.
Skuteczność metody gwarantowana już od pierwszego zastosowania!
Morał: warto mieć przyjaciół co umieją pomagać bez skrupułów ani cackania się z ofiarami własnej niemocy. Naprawdę warto :)
sobota, 3 października 2009
Wynalazki
NieTakaMałaMi zadzwoniła do mnie z prośbą wymagającą zapisania czegoś, co mi podyktuje. Zwykle w takich wypadkach mozolnie stukałam po klawiaturze jedną ręką, albo też przybierałam Dziwną i Niewygodną Pozę, używając obu rąk do stukania, a telefon trzymając zdecydowanie nieprzystosowanym do tego celu ramieniem i jeszcze mniej przystosowaną szczęką. NieTakaMałaMi, na moje tłumaczenia, że jednorącz pisze się wolno, zapytała, czemu nie używam zestawu słuchawkowego. Było to pytanie zaiste epokowe - zestaw takowy posiadam już czwarty raz (chyba każdy telefon taki miał), ale jakoś nigdy nie przeszło mi przez myśl, żeby z niego skorzystać. A tu NTMM otworzyła mi oczy na nową jakość - można rozmawiać i pisać jednocześnie, ba można rozmawiać i zbierać od słoni orzeszkie ziemne... Toż to istna schizma, że zacytuje mój ulubiony kabaret :).
Jestem zachwycona. Teraz czekam, aż ktoś wynajdzie zestaw słuchawkowy do suszarki do włosów :).
Jestem zachwycona. Teraz czekam, aż ktoś wynajdzie zestaw słuchawkowy do suszarki do włosów :).
poniedziałek, 28 września 2009
Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej IV
pociąg stał na peronie i wyglądał zupełnie normalnie. pewnie podejrzenia co do jego normalności wzbudziła pani prowadniczka, która obejrzała Elżbiety bilet i rzuciła, że "miejsc nie ma, sprzedali już 80 biletów". dobrze wiedzieć, normalnie taki pociąg ma miejsc w porywach 50 (na drzwiach napisane, że 30, w środku numeracja do 50 i bądź tu człowieku mądry...). Elżbieta z Panem Plecakiem na ramionach i zaciekawieniem graniczącym z obawą wstąpiła na schodki, wspięła się do wnętrza wagonu i ujrzała skupisko ludzkie. duże skupisko ludzkie. to znaczy, w skali świata było to skupisko zupełnie nieznaczne, ale w połączeniu z zamkniętą przestrzenią pociągową sprawiało wrażenie tłoku. stać przy wejściu nie było sensu, więc Elżbieta zanurzyła się odważnie w ludzką ciżbę w poszukiwaniu kawałka siedzenia, coby spocząć, i kawałka półki dla Pana Plecaka (co nie było tutaj zupełnie proste, ponieważ z braku laku co poniektórzy pasażerowie postanowili zająć również tę przestrzeń).
miejsce znalazło się na drugim końcu wagonu, bagaż wylądował na górze, Elżbieta na dole (półka bagażowa byłaby nie do pogardzenia, bo lęk wysokości można jakoś tam uspokoić, ale zdyskwalifikował ją najzwyklejszy kurz) - na siedząco wprawdzie, ale była tak zmęczona, że nie robiło jej to różnicy, bo i tak przespała znaczną większość drogi (co miało wiele zalet, a główną z nich było to, że zupełnie się nie przejmowała coraz mniejszą zawartością powietrza w okolicy). około godziny trzeciej do pociągu wsiadło mrowie nowych pasażerów, rozparcelowało się po nielicznych wolnych miejscach (których istnienia nikt by się nie domyślił, a jednak pojawiły się od razu, przywołane zaklęciem: "zsuńcie się, to się zmieścimy").
dwie godziny później Elżbieta wysiadła z pociągu w chłód poranka, osiągnąwszy cel podróży, czyli Symferopol, i obiecawszy sobie, że przy następnej jeździe taką taryfą kolejową będzie czekać na peronie pół godziny wcześniej, żeby się załapać na własną półkę sypialną.
na razie jednak powlokła się mało dostojnie do kas biletowych w celu ustalenia możliwości przemieszczenia się dalej. pierwszy pociąg do Lwowa, który miał wolne miejsca w plackarcie, odjeżdżał o dziewiątej z minutami, ale wieczorem. nic to, zawsze lepsze to niż kolejna noc na dworcu, więc Elżbieta poprosiła o bilet, otworzyła szeroko oczy, słysząc cenę, zapytała, czy aby na pewno dobrze usłyszała, dowiedziała się, że owszem, usłyszała źle o jakieś 200 hrywien, odetchnęła, zapłaciła, zapakowała bilet i poszła sobie szukać sensu życia, czyli przechowalni bagażu.
pierwszy taki przybytek okazał się standardową halą ze skrzynkami dokładnie tych samych rozmiarów, co kerczeńskie. czyli możliwości pozbycia się na trochę balastu vel kuli u nogi niet. na szczęście na planie dworca widniała też druga przechowalnia, która miała niby być bardziej ludzka, ale trudno było to sprawdzić, ponieważ za nic nie dawała się znaleźć. dopiero po kilku przebieżkach między halą główną a peronami ktoś Elżbietę sprowadził na właściwą drogę i udało się jej osiągnąć cel, a cel celem był w rzeczy samej, więc Elżbieta odtańczyła taniec radości graniczącej z ekstazą, wydała dziki okrzyk i upadła na kolana błogosławiąc niebiosa - oczywiście zrobiła to wszystko wyłącznie w swojej głowie, gdyż inaczej zamiast pisać te wspomnienia tkwiłaby w symferopolskim odpowiedniku Tworek. Pan Plecak w towarzystwie namiotu poszedł leżeć i grzecznie czekać, a właścicielka, lekka jak piórko (zgubić w minutę dwadzieścia pięć kilo to nie bagatela), poszła sprawdzić, jakie ma perspektywy na zrealizowanie odrobinę szalonego pomysłu, który przyszedł jej był do głowy...
miejsce znalazło się na drugim końcu wagonu, bagaż wylądował na górze, Elżbieta na dole (półka bagażowa byłaby nie do pogardzenia, bo lęk wysokości można jakoś tam uspokoić, ale zdyskwalifikował ją najzwyklejszy kurz) - na siedząco wprawdzie, ale była tak zmęczona, że nie robiło jej to różnicy, bo i tak przespała znaczną większość drogi (co miało wiele zalet, a główną z nich było to, że zupełnie się nie przejmowała coraz mniejszą zawartością powietrza w okolicy). około godziny trzeciej do pociągu wsiadło mrowie nowych pasażerów, rozparcelowało się po nielicznych wolnych miejscach (których istnienia nikt by się nie domyślił, a jednak pojawiły się od razu, przywołane zaklęciem: "zsuńcie się, to się zmieścimy").
dwie godziny później Elżbieta wysiadła z pociągu w chłód poranka, osiągnąwszy cel podróży, czyli Symferopol, i obiecawszy sobie, że przy następnej jeździe taką taryfą kolejową będzie czekać na peronie pół godziny wcześniej, żeby się załapać na własną półkę sypialną.
na razie jednak powlokła się mało dostojnie do kas biletowych w celu ustalenia możliwości przemieszczenia się dalej. pierwszy pociąg do Lwowa, który miał wolne miejsca w plackarcie, odjeżdżał o dziewiątej z minutami, ale wieczorem. nic to, zawsze lepsze to niż kolejna noc na dworcu, więc Elżbieta poprosiła o bilet, otworzyła szeroko oczy, słysząc cenę, zapytała, czy aby na pewno dobrze usłyszała, dowiedziała się, że owszem, usłyszała źle o jakieś 200 hrywien, odetchnęła, zapłaciła, zapakowała bilet i poszła sobie szukać sensu życia, czyli przechowalni bagażu.
pierwszy taki przybytek okazał się standardową halą ze skrzynkami dokładnie tych samych rozmiarów, co kerczeńskie. czyli możliwości pozbycia się na trochę balastu vel kuli u nogi niet. na szczęście na planie dworca widniała też druga przechowalnia, która miała niby być bardziej ludzka, ale trudno było to sprawdzić, ponieważ za nic nie dawała się znaleźć. dopiero po kilku przebieżkach między halą główną a peronami ktoś Elżbietę sprowadził na właściwą drogę i udało się jej osiągnąć cel, a cel celem był w rzeczy samej, więc Elżbieta odtańczyła taniec radości graniczącej z ekstazą, wydała dziki okrzyk i upadła na kolana błogosławiąc niebiosa - oczywiście zrobiła to wszystko wyłącznie w swojej głowie, gdyż inaczej zamiast pisać te wspomnienia tkwiłaby w symferopolskim odpowiedniku Tworek. Pan Plecak w towarzystwie namiotu poszedł leżeć i grzecznie czekać, a właścicielka, lekka jak piórko (zgubić w minutę dwadzieścia pięć kilo to nie bagatela), poszła sprawdzić, jakie ma perspektywy na zrealizowanie odrobinę szalonego pomysłu, który przyszedł jej był do głowy...
piątek, 25 września 2009
Historia pewnego zdawania (zawiera nieortodoksyjnie użyte terminy z zakresu literatury greckiej)
"Posłuchajcie opowieści, co ładunek grozy mieści..."
Proojmion
Studentka pojawiła się w Instytucie około szóstej godziny popołudniowej w celu zdania egzaminu z literatury pewnego kraju śródziemnomorskiego, co to się jej (egzamin, nie kraj) w karierze jeszcze nie przytrafił, a powinien był. Więc aby się przytrafić zgodnie z wymogami mógł, przybyła.
Paraklausythyron
Dwie następne godziny minęły na nerwowym wpatrywaniu się w Drzwi. Drzwi te powinny co jakiś czas otwierać się, aby wypuścić jednego Studenta i przyjąć następnego. Przynajmniej teorii. W praktyce były zamknięte, może nie na głucho, bo tęsknie wyczekująca zbawczego ruchu klamki grupa słyszała dobiegające zza nich co jakiś czas głosy (a może tylko słyszała głosy?), ale niewątpliwie skutecznie. Kogokolwiek trzymały za zagrodą swego skrzydła i futryny, nie były zbyt skore do uwolnienia. Emocje rosły, duch w narodzie upadał...
Zapowiedź wydarzenia przyszłego
...a gdyby wiedzieli, co ich czeka, padłby ów duch bez życia od razu.
Mowa posłańca w mowie zależnej
Drzwi odemknęły się na chwilę i wyjrzał przez nie Człowiek, który znał tajemnice Pokoju i umiał je objaśnić zwykłym śmiertelnikom. On to właśnie wytłumaczył oczekującym, że swobodny przepływ Odpytywanych zatamowała Czyjaś Praca Magisterska.
Didaskalia
Jęk bólu i zawodu przeszył korytarz po tych słowach złowrogich, gdyż nie zwiastowały one rychłego końca Przesiadywania.
Pojedynek
Drzwi jednak wypuściły w końcu autorkę owej Pracy Magisterskiej, którą ludzka zawartość korytarza odprowadziła do końca korytarza wzrokiem pałającym. I ruszył ponownie strumyczek Zdających, lawiny niestety miana niegodny, gdyż nadal płynął niezbyt szybko.
Retardacja
I nadal siedzieli na Podłodze, zbierając rozproszone coraz bardziej wskutek oczekiwania siły, szykując się każdy do swojej próby. Szaleństwo zaczęło się jednak wkradać w szeregi, owocując wybuchami obłąkańczego śmiechu i niespotykanej na co dzień radości życia. Studentka zajęła się próbami żonglowania przy użyciu kasztanów, na prośbę współtowarzyszki niedoli poczytała półgłosem nieco dystychów elegijnych Ksenofanesa, snuła fantastyczne hipotezy na tematy wszelakie. Oczekujących pozostawało coraz mniej i mniej, niczym dzisięciu Murzynków znikali po jednym...
Katabaza
I w końcu nocą ciemną nadeszła pora, kiedy i studentce przyszło zejść do podziemi własnej wiedzy lub niewiedzy - za przewodnika miała Profesora, który wybierał dla niej odpowiednią drogą, a jej zadaniem było wywołać duszę jednego z autorów. W udziale przypadło jej wezwać niejakiego Pindara z Teb, co pisał dużo, a zachowało się nieco mniej. Zjawa wprawdzie była miejscami niewyraźna, ale identyfikowalna, więc Studentka wyszła z próby cało i nie musiała za karę pozostać w podziemiach.
Epinikion (niech Pindar wybaczy nadużycie)
I o 22:52, spojrzawszy na zegar, by tę godzinę ocalić dla potomnych, opuściła Studentka zwycięsko mury Przybytku Edukacji i udała się w drogę powrotną.
Nostos
I wracała nocą ciemną i autobusem miejskim.
Epilog
I wróciła.
Proojmion
Studentka pojawiła się w Instytucie około szóstej godziny popołudniowej w celu zdania egzaminu z literatury pewnego kraju śródziemnomorskiego, co to się jej (egzamin, nie kraj) w karierze jeszcze nie przytrafił, a powinien był. Więc aby się przytrafić zgodnie z wymogami mógł, przybyła.
Paraklausythyron
Dwie następne godziny minęły na nerwowym wpatrywaniu się w Drzwi. Drzwi te powinny co jakiś czas otwierać się, aby wypuścić jednego Studenta i przyjąć następnego. Przynajmniej teorii. W praktyce były zamknięte, może nie na głucho, bo tęsknie wyczekująca zbawczego ruchu klamki grupa słyszała dobiegające zza nich co jakiś czas głosy (a może tylko słyszała głosy?), ale niewątpliwie skutecznie. Kogokolwiek trzymały za zagrodą swego skrzydła i futryny, nie były zbyt skore do uwolnienia. Emocje rosły, duch w narodzie upadał...
Zapowiedź wydarzenia przyszłego
...a gdyby wiedzieli, co ich czeka, padłby ów duch bez życia od razu.
Mowa posłańca w mowie zależnej
Drzwi odemknęły się na chwilę i wyjrzał przez nie Człowiek, który znał tajemnice Pokoju i umiał je objaśnić zwykłym śmiertelnikom. On to właśnie wytłumaczył oczekującym, że swobodny przepływ Odpytywanych zatamowała Czyjaś Praca Magisterska.
Didaskalia
Jęk bólu i zawodu przeszył korytarz po tych słowach złowrogich, gdyż nie zwiastowały one rychłego końca Przesiadywania.
Pojedynek
Drzwi jednak wypuściły w końcu autorkę owej Pracy Magisterskiej, którą ludzka zawartość korytarza odprowadziła do końca korytarza wzrokiem pałającym. I ruszył ponownie strumyczek Zdających, lawiny niestety miana niegodny, gdyż nadal płynął niezbyt szybko.
Retardacja
I nadal siedzieli na Podłodze, zbierając rozproszone coraz bardziej wskutek oczekiwania siły, szykując się każdy do swojej próby. Szaleństwo zaczęło się jednak wkradać w szeregi, owocując wybuchami obłąkańczego śmiechu i niespotykanej na co dzień radości życia. Studentka zajęła się próbami żonglowania przy użyciu kasztanów, na prośbę współtowarzyszki niedoli poczytała półgłosem nieco dystychów elegijnych Ksenofanesa, snuła fantastyczne hipotezy na tematy wszelakie. Oczekujących pozostawało coraz mniej i mniej, niczym dzisięciu Murzynków znikali po jednym...
Katabaza
I w końcu nocą ciemną nadeszła pora, kiedy i studentce przyszło zejść do podziemi własnej wiedzy lub niewiedzy - za przewodnika miała Profesora, który wybierał dla niej odpowiednią drogą, a jej zadaniem było wywołać duszę jednego z autorów. W udziale przypadło jej wezwać niejakiego Pindara z Teb, co pisał dużo, a zachowało się nieco mniej. Zjawa wprawdzie była miejscami niewyraźna, ale identyfikowalna, więc Studentka wyszła z próby cało i nie musiała za karę pozostać w podziemiach.
Epinikion (niech Pindar wybaczy nadużycie)
I o 22:52, spojrzawszy na zegar, by tę godzinę ocalić dla potomnych, opuściła Studentka zwycięsko mury Przybytku Edukacji i udała się w drogę powrotną.
Nostos
I wracała nocą ciemną i autobusem miejskim.
Epilog
I wróciła.
piątek, 18 września 2009
Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej III
z tego Elżbietowego zastanawiania wyszło tyle, że ni bankomatu w okolicy (jeden był, ale zepsuł się był wcześniej i wyświetlał ulubiony napis zagubionych w obcym kraju: "czasowo nieczynny", czy tam "wriemienno nie rabotajet"), ni propozycji noclegu, a spać znowu na dworcu to jej się nie uśmiechało.
coś jej się kołatało, że ponoć w centrum jest kościół Jedynego Słusznego Wyznania, więc licząc po cichu, choć z niewielkim przekonaniem, na szansę przechowania się tam, Elżbieta zapakowała się do marszrutki jadącej z powrotem na dworzec autobusowy, przejechała właściwy przystanek, wysiadła na następnym, który był Dużo Dalej, wróciła się trolejbusem, dowlokła się do hali kasowo-poczekalniowej i doznała rozczarowania stulecia - niezbędna jej do życia przechowalnia bagażu była dostępna tylko w formie automatycznych szafek, które miały dokładnie jeden rozmiar. na nieszczęście rozmiar ten był o numer mniejszy niż rozmiar Pana Plecaka, więc nadzieja na spędzenie chwili czasu bez drania upadła z hukiem i strzaskała się w drobny mak. Elżbieta zamiotła jej resztki nogą pod ławkę, żeby nie było widać, rzuciła pożegnalne spojrzenie słodkiemu rudemu kociakowi śpiącemu w jednej z za małych szafek i poszła przed siebie, czyli do wyjścia. przy wyjściu ustaliła z panem handlującym gazetami, że główny plac miasta nosi imię Lenina i że faktycznie jest na nim jakiś kościół, chociaż pan nie jest pewien, czy nie prawosławny przypadkiem.
wsiadło dziewczę w trolejbus, nabyło bilet, rejestrując z zainteresowaniem, że kasowanie opłaty za bagaż reguluje chyba tylko widzimisię pan kasowniczek (swoją drogą, pani kasowniczka to bardzo pozytywny wynalazek, kiedy się ma gigantyczny plecak i zero ochoty na szukanie otwartego kiosku), dopytało pani kasowniczki, gdzie wysiąść, wysiadło i ruszyło.
plac był wielki, imponujący, i miał Lenina na pomniku, jak to się zwykle w miastach po tej stronie świata zdarza. kościół był, wielki, piękny, stary i zamknięty - nic nie wskazywało na to, żeby był przesadnie czynny. kolejna nadzieja Elżbiety rozciągnęła się jej u stóp i skonała po cichu. Elżbieta usiadła, westchnęła i postanowiła się przejść w poszukiwaniu ewentualnego innego noclegu, nie licząc zbytnio, że cokolwiek znajdzie. na Schody Kerczeńskie, nieco mniej słynne niż odeskie, których kopię miały stanowić, wchodzić nie planowała, ponieważ było wysoko, a turystyczny zapał jest mało odporny na dźwigane na plecach 25 kilogramów. zapomniawszy zatem o ewentualnych walorach turystycznych Kerczu Elżbieta ruszyła przed siebie reprezentacyjną ulicą - jakżeby inaczej - Lenina, gdzie nie było ani jednej oferty noclegu, za to pół miliona ofert wycieczek i - na szczęście - elegancki fast food. fast food, bo rozprowadzał hot dogi i pizzę, elegancki, bo dysponował kelnerem, herbatę podawano w filiżance, a hot doga na talerzyku i z serwetką. ceny były bardzo ludzkie, pan kelner sympatyczny (zapytał Elżbietę, czy się nie boi tak sama podróżować; boi się, nie boi, a co zrobić, jak nie ma z kim, bo wszyscy pojechali wcześniej?), a koktajl mleczny naprawdę fenomenalny.
zjadłszy Elżbieta zmądrzała, zarzuciła plecak na swe wątłe (choć umięśnione) ramiona i udała się w drogę powrotną, mając sprzedawcom wycieczek za złe, że nie oferują też noclegów. przeszła przez plac, ulicę, następną ulicę i wędrowała szukając przystanku, co się ukrywał daleko. popatrzyła tęsknie na morze, na jadącą w przeciwnym kierunku marszrutkę, którą można było trafić na krymskie wykopaliska Pana Archeologa, wsiadła w "swoją", dotoczyła się na dworzec, wymieniła bilet na dzień wcześniej, czyli na za 10 minut, odkryła, że to w rzeczywistości godzina i 10 minut, bo sierota nie przestawiła zegarka na granicy, umyła się w łazience, zostawiwszy bagaż jakiemuś uczynnemu panu na dworcu, wróciła, usiadła i zaczęła dumać.
dumała o tym, jak to niefajnie, kiedy nie ma gdzie bagażu zostawić (dworzec kolejowy również posiadał przechowalnię skrzynkową, a szafki w tejże przechowalni były oczywiście w standardowym rozmiarze), a bagaż ciężki, w ramiona się wpija, w głowie kręci, aż się nogi plączą i uginają, a człowiek myśli, że lada moment się potknie i nakryje podłym bagażem, i odechce mu się wstawać.
podumała, rozwiązała kolejne sudoku, a potem wstała i poszła szukać swojego miejsca w pociągu, a pociąg ten...
sami widzicie, że w takiej przechowalni można kota dostać...
coś jej się kołatało, że ponoć w centrum jest kościół Jedynego Słusznego Wyznania, więc licząc po cichu, choć z niewielkim przekonaniem, na szansę przechowania się tam, Elżbieta zapakowała się do marszrutki jadącej z powrotem na dworzec autobusowy, przejechała właściwy przystanek, wysiadła na następnym, który był Dużo Dalej, wróciła się trolejbusem, dowlokła się do hali kasowo-poczekalniowej i doznała rozczarowania stulecia - niezbędna jej do życia przechowalnia bagażu była dostępna tylko w formie automatycznych szafek, które miały dokładnie jeden rozmiar. na nieszczęście rozmiar ten był o numer mniejszy niż rozmiar Pana Plecaka, więc nadzieja na spędzenie chwili czasu bez drania upadła z hukiem i strzaskała się w drobny mak. Elżbieta zamiotła jej resztki nogą pod ławkę, żeby nie było widać, rzuciła pożegnalne spojrzenie słodkiemu rudemu kociakowi śpiącemu w jednej z za małych szafek i poszła przed siebie, czyli do wyjścia. przy wyjściu ustaliła z panem handlującym gazetami, że główny plac miasta nosi imię Lenina i że faktycznie jest na nim jakiś kościół, chociaż pan nie jest pewien, czy nie prawosławny przypadkiem.
wsiadło dziewczę w trolejbus, nabyło bilet, rejestrując z zainteresowaniem, że kasowanie opłaty za bagaż reguluje chyba tylko widzimisię pan kasowniczek (swoją drogą, pani kasowniczka to bardzo pozytywny wynalazek, kiedy się ma gigantyczny plecak i zero ochoty na szukanie otwartego kiosku), dopytało pani kasowniczki, gdzie wysiąść, wysiadło i ruszyło.
plac był wielki, imponujący, i miał Lenina na pomniku, jak to się zwykle w miastach po tej stronie świata zdarza. kościół był, wielki, piękny, stary i zamknięty - nic nie wskazywało na to, żeby był przesadnie czynny. kolejna nadzieja Elżbiety rozciągnęła się jej u stóp i skonała po cichu. Elżbieta usiadła, westchnęła i postanowiła się przejść w poszukiwaniu ewentualnego innego noclegu, nie licząc zbytnio, że cokolwiek znajdzie. na Schody Kerczeńskie, nieco mniej słynne niż odeskie, których kopię miały stanowić, wchodzić nie planowała, ponieważ było wysoko, a turystyczny zapał jest mało odporny na dźwigane na plecach 25 kilogramów. zapomniawszy zatem o ewentualnych walorach turystycznych Kerczu Elżbieta ruszyła przed siebie reprezentacyjną ulicą - jakżeby inaczej - Lenina, gdzie nie było ani jednej oferty noclegu, za to pół miliona ofert wycieczek i - na szczęście - elegancki fast food. fast food, bo rozprowadzał hot dogi i pizzę, elegancki, bo dysponował kelnerem, herbatę podawano w filiżance, a hot doga na talerzyku i z serwetką. ceny były bardzo ludzkie, pan kelner sympatyczny (zapytał Elżbietę, czy się nie boi tak sama podróżować; boi się, nie boi, a co zrobić, jak nie ma z kim, bo wszyscy pojechali wcześniej?), a koktajl mleczny naprawdę fenomenalny.
zjadłszy Elżbieta zmądrzała, zarzuciła plecak na swe wątłe (choć umięśnione) ramiona i udała się w drogę powrotną, mając sprzedawcom wycieczek za złe, że nie oferują też noclegów. przeszła przez plac, ulicę, następną ulicę i wędrowała szukając przystanku, co się ukrywał daleko. popatrzyła tęsknie na morze, na jadącą w przeciwnym kierunku marszrutkę, którą można było trafić na krymskie wykopaliska Pana Archeologa, wsiadła w "swoją", dotoczyła się na dworzec, wymieniła bilet na dzień wcześniej, czyli na za 10 minut, odkryła, że to w rzeczywistości godzina i 10 minut, bo sierota nie przestawiła zegarka na granicy, umyła się w łazience, zostawiwszy bagaż jakiemuś uczynnemu panu na dworcu, wróciła, usiadła i zaczęła dumać.
dumała o tym, jak to niefajnie, kiedy nie ma gdzie bagażu zostawić (dworzec kolejowy również posiadał przechowalnię skrzynkową, a szafki w tejże przechowalni były oczywiście w standardowym rozmiarze), a bagaż ciężki, w ramiona się wpija, w głowie kręci, aż się nogi plączą i uginają, a człowiek myśli, że lada moment się potknie i nakryje podłym bagażem, i odechce mu się wstawać.
podumała, rozwiązała kolejne sudoku, a potem wstała i poszła szukać swojego miejsca w pociągu, a pociąg ten...
Subskrybuj:
Posty (Atom)