pociąg stał na peronie i wyglądał zupełnie normalnie. pewnie podejrzenia co do jego normalności wzbudziła pani prowadniczka, która obejrzała Elżbiety bilet i rzuciła, że "miejsc nie ma, sprzedali już 80 biletów". dobrze wiedzieć, normalnie taki pociąg ma miejsc w porywach 50 (na drzwiach napisane, że 30, w środku numeracja do 50 i bądź tu człowieku mądry...). Elżbieta z Panem Plecakiem na ramionach i zaciekawieniem graniczącym z obawą wstąpiła na schodki, wspięła się do wnętrza wagonu i ujrzała skupisko ludzkie. duże skupisko ludzkie. to znaczy, w skali świata było to skupisko zupełnie nieznaczne, ale w połączeniu z zamkniętą przestrzenią pociągową sprawiało wrażenie tłoku. stać przy wejściu nie było sensu, więc Elżbieta zanurzyła się odważnie w ludzką ciżbę w poszukiwaniu kawałka siedzenia, coby spocząć, i kawałka półki dla Pana Plecaka (co nie było tutaj zupełnie proste, ponieważ z braku laku co poniektórzy pasażerowie postanowili zająć również tę przestrzeń).
miejsce znalazło się na drugim końcu wagonu, bagaż wylądował na górze, Elżbieta na dole (półka bagażowa byłaby nie do pogardzenia, bo lęk wysokości można jakoś tam uspokoić, ale zdyskwalifikował ją najzwyklejszy kurz) - na siedząco wprawdzie, ale była tak zmęczona, że nie robiło jej to różnicy, bo i tak przespała znaczną większość drogi (co miało wiele zalet, a główną z nich było to, że zupełnie się nie przejmowała coraz mniejszą zawartością powietrza w okolicy). około godziny trzeciej do pociągu wsiadło mrowie nowych pasażerów, rozparcelowało się po nielicznych wolnych miejscach (których istnienia nikt by się nie domyślił, a jednak pojawiły się od razu, przywołane zaklęciem: "zsuńcie się, to się zmieścimy").
dwie godziny później Elżbieta wysiadła z pociągu w chłód poranka, osiągnąwszy cel podróży, czyli Symferopol, i obiecawszy sobie, że przy następnej jeździe taką taryfą kolejową będzie czekać na peronie pół godziny wcześniej, żeby się załapać na własną półkę sypialną.
na razie jednak powlokła się mało dostojnie do kas biletowych w celu ustalenia możliwości przemieszczenia się dalej. pierwszy pociąg do Lwowa, który miał wolne miejsca w plackarcie, odjeżdżał o dziewiątej z minutami, ale wieczorem. nic to, zawsze lepsze to niż kolejna noc na dworcu, więc Elżbieta poprosiła o bilet, otworzyła szeroko oczy, słysząc cenę, zapytała, czy aby na pewno dobrze usłyszała, dowiedziała się, że owszem, usłyszała źle o jakieś 200 hrywien, odetchnęła, zapłaciła, zapakowała bilet i poszła sobie szukać sensu życia, czyli przechowalni bagażu.
pierwszy taki przybytek okazał się standardową halą ze skrzynkami dokładnie tych samych rozmiarów, co kerczeńskie. czyli możliwości pozbycia się na trochę balastu vel kuli u nogi niet. na szczęście na planie dworca widniała też druga przechowalnia, która miała niby być bardziej ludzka, ale trudno było to sprawdzić, ponieważ za nic nie dawała się znaleźć. dopiero po kilku przebieżkach między halą główną a peronami ktoś Elżbietę sprowadził na właściwą drogę i udało się jej osiągnąć cel, a cel celem był w rzeczy samej, więc Elżbieta odtańczyła taniec radości graniczącej z ekstazą, wydała dziki okrzyk i upadła na kolana błogosławiąc niebiosa - oczywiście zrobiła to wszystko wyłącznie w swojej głowie, gdyż inaczej zamiast pisać te wspomnienia tkwiłaby w symferopolskim odpowiedniku Tworek. Pan Plecak w towarzystwie namiotu poszedł leżeć i grzecznie czekać, a właścicielka, lekka jak piórko (zgubić w minutę dwadzieścia pięć kilo to nie bagatela), poszła sprawdzić, jakie ma perspektywy na zrealizowanie odrobinę szalonego pomysłu, który przyszedł jej był do głowy...
poniedziałek, 28 września 2009
piątek, 25 września 2009
Historia pewnego zdawania (zawiera nieortodoksyjnie użyte terminy z zakresu literatury greckiej)
"Posłuchajcie opowieści, co ładunek grozy mieści..."
Proojmion
Studentka pojawiła się w Instytucie około szóstej godziny popołudniowej w celu zdania egzaminu z literatury pewnego kraju śródziemnomorskiego, co to się jej (egzamin, nie kraj) w karierze jeszcze nie przytrafił, a powinien był. Więc aby się przytrafić zgodnie z wymogami mógł, przybyła.
Paraklausythyron
Dwie następne godziny minęły na nerwowym wpatrywaniu się w Drzwi. Drzwi te powinny co jakiś czas otwierać się, aby wypuścić jednego Studenta i przyjąć następnego. Przynajmniej teorii. W praktyce były zamknięte, może nie na głucho, bo tęsknie wyczekująca zbawczego ruchu klamki grupa słyszała dobiegające zza nich co jakiś czas głosy (a może tylko słyszała głosy?), ale niewątpliwie skutecznie. Kogokolwiek trzymały za zagrodą swego skrzydła i futryny, nie były zbyt skore do uwolnienia. Emocje rosły, duch w narodzie upadał...
Zapowiedź wydarzenia przyszłego
...a gdyby wiedzieli, co ich czeka, padłby ów duch bez życia od razu.
Mowa posłańca w mowie zależnej
Drzwi odemknęły się na chwilę i wyjrzał przez nie Człowiek, który znał tajemnice Pokoju i umiał je objaśnić zwykłym śmiertelnikom. On to właśnie wytłumaczył oczekującym, że swobodny przepływ Odpytywanych zatamowała Czyjaś Praca Magisterska.
Didaskalia
Jęk bólu i zawodu przeszył korytarz po tych słowach złowrogich, gdyż nie zwiastowały one rychłego końca Przesiadywania.
Pojedynek
Drzwi jednak wypuściły w końcu autorkę owej Pracy Magisterskiej, którą ludzka zawartość korytarza odprowadziła do końca korytarza wzrokiem pałającym. I ruszył ponownie strumyczek Zdających, lawiny niestety miana niegodny, gdyż nadal płynął niezbyt szybko.
Retardacja
I nadal siedzieli na Podłodze, zbierając rozproszone coraz bardziej wskutek oczekiwania siły, szykując się każdy do swojej próby. Szaleństwo zaczęło się jednak wkradać w szeregi, owocując wybuchami obłąkańczego śmiechu i niespotykanej na co dzień radości życia. Studentka zajęła się próbami żonglowania przy użyciu kasztanów, na prośbę współtowarzyszki niedoli poczytała półgłosem nieco dystychów elegijnych Ksenofanesa, snuła fantastyczne hipotezy na tematy wszelakie. Oczekujących pozostawało coraz mniej i mniej, niczym dzisięciu Murzynków znikali po jednym...
Katabaza
I w końcu nocą ciemną nadeszła pora, kiedy i studentce przyszło zejść do podziemi własnej wiedzy lub niewiedzy - za przewodnika miała Profesora, który wybierał dla niej odpowiednią drogą, a jej zadaniem było wywołać duszę jednego z autorów. W udziale przypadło jej wezwać niejakiego Pindara z Teb, co pisał dużo, a zachowało się nieco mniej. Zjawa wprawdzie była miejscami niewyraźna, ale identyfikowalna, więc Studentka wyszła z próby cało i nie musiała za karę pozostać w podziemiach.
Epinikion (niech Pindar wybaczy nadużycie)
I o 22:52, spojrzawszy na zegar, by tę godzinę ocalić dla potomnych, opuściła Studentka zwycięsko mury Przybytku Edukacji i udała się w drogę powrotną.
Nostos
I wracała nocą ciemną i autobusem miejskim.
Epilog
I wróciła.
Proojmion
Studentka pojawiła się w Instytucie około szóstej godziny popołudniowej w celu zdania egzaminu z literatury pewnego kraju śródziemnomorskiego, co to się jej (egzamin, nie kraj) w karierze jeszcze nie przytrafił, a powinien był. Więc aby się przytrafić zgodnie z wymogami mógł, przybyła.
Paraklausythyron
Dwie następne godziny minęły na nerwowym wpatrywaniu się w Drzwi. Drzwi te powinny co jakiś czas otwierać się, aby wypuścić jednego Studenta i przyjąć następnego. Przynajmniej teorii. W praktyce były zamknięte, może nie na głucho, bo tęsknie wyczekująca zbawczego ruchu klamki grupa słyszała dobiegające zza nich co jakiś czas głosy (a może tylko słyszała głosy?), ale niewątpliwie skutecznie. Kogokolwiek trzymały za zagrodą swego skrzydła i futryny, nie były zbyt skore do uwolnienia. Emocje rosły, duch w narodzie upadał...
Zapowiedź wydarzenia przyszłego
...a gdyby wiedzieli, co ich czeka, padłby ów duch bez życia od razu.
Mowa posłańca w mowie zależnej
Drzwi odemknęły się na chwilę i wyjrzał przez nie Człowiek, który znał tajemnice Pokoju i umiał je objaśnić zwykłym śmiertelnikom. On to właśnie wytłumaczył oczekującym, że swobodny przepływ Odpytywanych zatamowała Czyjaś Praca Magisterska.
Didaskalia
Jęk bólu i zawodu przeszył korytarz po tych słowach złowrogich, gdyż nie zwiastowały one rychłego końca Przesiadywania.
Pojedynek
Drzwi jednak wypuściły w końcu autorkę owej Pracy Magisterskiej, którą ludzka zawartość korytarza odprowadziła do końca korytarza wzrokiem pałającym. I ruszył ponownie strumyczek Zdających, lawiny niestety miana niegodny, gdyż nadal płynął niezbyt szybko.
Retardacja
I nadal siedzieli na Podłodze, zbierając rozproszone coraz bardziej wskutek oczekiwania siły, szykując się każdy do swojej próby. Szaleństwo zaczęło się jednak wkradać w szeregi, owocując wybuchami obłąkańczego śmiechu i niespotykanej na co dzień radości życia. Studentka zajęła się próbami żonglowania przy użyciu kasztanów, na prośbę współtowarzyszki niedoli poczytała półgłosem nieco dystychów elegijnych Ksenofanesa, snuła fantastyczne hipotezy na tematy wszelakie. Oczekujących pozostawało coraz mniej i mniej, niczym dzisięciu Murzynków znikali po jednym...
Katabaza
I w końcu nocą ciemną nadeszła pora, kiedy i studentce przyszło zejść do podziemi własnej wiedzy lub niewiedzy - za przewodnika miała Profesora, który wybierał dla niej odpowiednią drogą, a jej zadaniem było wywołać duszę jednego z autorów. W udziale przypadło jej wezwać niejakiego Pindara z Teb, co pisał dużo, a zachowało się nieco mniej. Zjawa wprawdzie była miejscami niewyraźna, ale identyfikowalna, więc Studentka wyszła z próby cało i nie musiała za karę pozostać w podziemiach.
Epinikion (niech Pindar wybaczy nadużycie)
I o 22:52, spojrzawszy na zegar, by tę godzinę ocalić dla potomnych, opuściła Studentka zwycięsko mury Przybytku Edukacji i udała się w drogę powrotną.
Nostos
I wracała nocą ciemną i autobusem miejskim.
Epilog
I wróciła.
piątek, 18 września 2009
Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej III
z tego Elżbietowego zastanawiania wyszło tyle, że ni bankomatu w okolicy (jeden był, ale zepsuł się był wcześniej i wyświetlał ulubiony napis zagubionych w obcym kraju: "czasowo nieczynny", czy tam "wriemienno nie rabotajet"), ni propozycji noclegu, a spać znowu na dworcu to jej się nie uśmiechało.
coś jej się kołatało, że ponoć w centrum jest kościół Jedynego Słusznego Wyznania, więc licząc po cichu, choć z niewielkim przekonaniem, na szansę przechowania się tam, Elżbieta zapakowała się do marszrutki jadącej z powrotem na dworzec autobusowy, przejechała właściwy przystanek, wysiadła na następnym, który był Dużo Dalej, wróciła się trolejbusem, dowlokła się do hali kasowo-poczekalniowej i doznała rozczarowania stulecia - niezbędna jej do życia przechowalnia bagażu była dostępna tylko w formie automatycznych szafek, które miały dokładnie jeden rozmiar. na nieszczęście rozmiar ten był o numer mniejszy niż rozmiar Pana Plecaka, więc nadzieja na spędzenie chwili czasu bez drania upadła z hukiem i strzaskała się w drobny mak. Elżbieta zamiotła jej resztki nogą pod ławkę, żeby nie było widać, rzuciła pożegnalne spojrzenie słodkiemu rudemu kociakowi śpiącemu w jednej z za małych szafek i poszła przed siebie, czyli do wyjścia. przy wyjściu ustaliła z panem handlującym gazetami, że główny plac miasta nosi imię Lenina i że faktycznie jest na nim jakiś kościół, chociaż pan nie jest pewien, czy nie prawosławny przypadkiem.
wsiadło dziewczę w trolejbus, nabyło bilet, rejestrując z zainteresowaniem, że kasowanie opłaty za bagaż reguluje chyba tylko widzimisię pan kasowniczek (swoją drogą, pani kasowniczka to bardzo pozytywny wynalazek, kiedy się ma gigantyczny plecak i zero ochoty na szukanie otwartego kiosku), dopytało pani kasowniczki, gdzie wysiąść, wysiadło i ruszyło.
plac był wielki, imponujący, i miał Lenina na pomniku, jak to się zwykle w miastach po tej stronie świata zdarza. kościół był, wielki, piękny, stary i zamknięty - nic nie wskazywało na to, żeby był przesadnie czynny. kolejna nadzieja Elżbiety rozciągnęła się jej u stóp i skonała po cichu. Elżbieta usiadła, westchnęła i postanowiła się przejść w poszukiwaniu ewentualnego innego noclegu, nie licząc zbytnio, że cokolwiek znajdzie. na Schody Kerczeńskie, nieco mniej słynne niż odeskie, których kopię miały stanowić, wchodzić nie planowała, ponieważ było wysoko, a turystyczny zapał jest mało odporny na dźwigane na plecach 25 kilogramów. zapomniawszy zatem o ewentualnych walorach turystycznych Kerczu Elżbieta ruszyła przed siebie reprezentacyjną ulicą - jakżeby inaczej - Lenina, gdzie nie było ani jednej oferty noclegu, za to pół miliona ofert wycieczek i - na szczęście - elegancki fast food. fast food, bo rozprowadzał hot dogi i pizzę, elegancki, bo dysponował kelnerem, herbatę podawano w filiżance, a hot doga na talerzyku i z serwetką. ceny były bardzo ludzkie, pan kelner sympatyczny (zapytał Elżbietę, czy się nie boi tak sama podróżować; boi się, nie boi, a co zrobić, jak nie ma z kim, bo wszyscy pojechali wcześniej?), a koktajl mleczny naprawdę fenomenalny.
zjadłszy Elżbieta zmądrzała, zarzuciła plecak na swe wątłe (choć umięśnione) ramiona i udała się w drogę powrotną, mając sprzedawcom wycieczek za złe, że nie oferują też noclegów. przeszła przez plac, ulicę, następną ulicę i wędrowała szukając przystanku, co się ukrywał daleko. popatrzyła tęsknie na morze, na jadącą w przeciwnym kierunku marszrutkę, którą można było trafić na krymskie wykopaliska Pana Archeologa, wsiadła w "swoją", dotoczyła się na dworzec, wymieniła bilet na dzień wcześniej, czyli na za 10 minut, odkryła, że to w rzeczywistości godzina i 10 minut, bo sierota nie przestawiła zegarka na granicy, umyła się w łazience, zostawiwszy bagaż jakiemuś uczynnemu panu na dworcu, wróciła, usiadła i zaczęła dumać.
dumała o tym, jak to niefajnie, kiedy nie ma gdzie bagażu zostawić (dworzec kolejowy również posiadał przechowalnię skrzynkową, a szafki w tejże przechowalni były oczywiście w standardowym rozmiarze), a bagaż ciężki, w ramiona się wpija, w głowie kręci, aż się nogi plączą i uginają, a człowiek myśli, że lada moment się potknie i nakryje podłym bagażem, i odechce mu się wstawać.
podumała, rozwiązała kolejne sudoku, a potem wstała i poszła szukać swojego miejsca w pociągu, a pociąg ten...
sami widzicie, że w takiej przechowalni można kota dostać...
coś jej się kołatało, że ponoć w centrum jest kościół Jedynego Słusznego Wyznania, więc licząc po cichu, choć z niewielkim przekonaniem, na szansę przechowania się tam, Elżbieta zapakowała się do marszrutki jadącej z powrotem na dworzec autobusowy, przejechała właściwy przystanek, wysiadła na następnym, który był Dużo Dalej, wróciła się trolejbusem, dowlokła się do hali kasowo-poczekalniowej i doznała rozczarowania stulecia - niezbędna jej do życia przechowalnia bagażu była dostępna tylko w formie automatycznych szafek, które miały dokładnie jeden rozmiar. na nieszczęście rozmiar ten był o numer mniejszy niż rozmiar Pana Plecaka, więc nadzieja na spędzenie chwili czasu bez drania upadła z hukiem i strzaskała się w drobny mak. Elżbieta zamiotła jej resztki nogą pod ławkę, żeby nie było widać, rzuciła pożegnalne spojrzenie słodkiemu rudemu kociakowi śpiącemu w jednej z za małych szafek i poszła przed siebie, czyli do wyjścia. przy wyjściu ustaliła z panem handlującym gazetami, że główny plac miasta nosi imię Lenina i że faktycznie jest na nim jakiś kościół, chociaż pan nie jest pewien, czy nie prawosławny przypadkiem.
wsiadło dziewczę w trolejbus, nabyło bilet, rejestrując z zainteresowaniem, że kasowanie opłaty za bagaż reguluje chyba tylko widzimisię pan kasowniczek (swoją drogą, pani kasowniczka to bardzo pozytywny wynalazek, kiedy się ma gigantyczny plecak i zero ochoty na szukanie otwartego kiosku), dopytało pani kasowniczki, gdzie wysiąść, wysiadło i ruszyło.
plac był wielki, imponujący, i miał Lenina na pomniku, jak to się zwykle w miastach po tej stronie świata zdarza. kościół był, wielki, piękny, stary i zamknięty - nic nie wskazywało na to, żeby był przesadnie czynny. kolejna nadzieja Elżbiety rozciągnęła się jej u stóp i skonała po cichu. Elżbieta usiadła, westchnęła i postanowiła się przejść w poszukiwaniu ewentualnego innego noclegu, nie licząc zbytnio, że cokolwiek znajdzie. na Schody Kerczeńskie, nieco mniej słynne niż odeskie, których kopię miały stanowić, wchodzić nie planowała, ponieważ było wysoko, a turystyczny zapał jest mało odporny na dźwigane na plecach 25 kilogramów. zapomniawszy zatem o ewentualnych walorach turystycznych Kerczu Elżbieta ruszyła przed siebie reprezentacyjną ulicą - jakżeby inaczej - Lenina, gdzie nie było ani jednej oferty noclegu, za to pół miliona ofert wycieczek i - na szczęście - elegancki fast food. fast food, bo rozprowadzał hot dogi i pizzę, elegancki, bo dysponował kelnerem, herbatę podawano w filiżance, a hot doga na talerzyku i z serwetką. ceny były bardzo ludzkie, pan kelner sympatyczny (zapytał Elżbietę, czy się nie boi tak sama podróżować; boi się, nie boi, a co zrobić, jak nie ma z kim, bo wszyscy pojechali wcześniej?), a koktajl mleczny naprawdę fenomenalny.
zjadłszy Elżbieta zmądrzała, zarzuciła plecak na swe wątłe (choć umięśnione) ramiona i udała się w drogę powrotną, mając sprzedawcom wycieczek za złe, że nie oferują też noclegów. przeszła przez plac, ulicę, następną ulicę i wędrowała szukając przystanku, co się ukrywał daleko. popatrzyła tęsknie na morze, na jadącą w przeciwnym kierunku marszrutkę, którą można było trafić na krymskie wykopaliska Pana Archeologa, wsiadła w "swoją", dotoczyła się na dworzec, wymieniła bilet na dzień wcześniej, czyli na za 10 minut, odkryła, że to w rzeczywistości godzina i 10 minut, bo sierota nie przestawiła zegarka na granicy, umyła się w łazience, zostawiwszy bagaż jakiemuś uczynnemu panu na dworcu, wróciła, usiadła i zaczęła dumać.
dumała o tym, jak to niefajnie, kiedy nie ma gdzie bagażu zostawić (dworzec kolejowy również posiadał przechowalnię skrzynkową, a szafki w tejże przechowalni były oczywiście w standardowym rozmiarze), a bagaż ciężki, w ramiona się wpija, w głowie kręci, aż się nogi plączą i uginają, a człowiek myśli, że lada moment się potknie i nakryje podłym bagażem, i odechce mu się wstawać.
podumała, rozwiązała kolejne sudoku, a potem wstała i poszła szukać swojego miejsca w pociągu, a pociąg ten...
piątek, 11 września 2009
Refleksja na temat pism oficjalnych
W życiu studenta przychodzą momenta... Zwłaszcza kiedy studentowi, a właściwie studentce zdarzy się wypaść z wyścigu swoich wewnętrznych szczurów i pogrążyć w rozważaniach egzystencjalnych przeplatanych porachunkami wirtualnej mafii, a w konsekwencji nie wszystko zrobić o czasie, przychodzą momenta, że trzeba napisać podanie z prośbą uniżoną o niewyrzucenie za drobne spóźnienie w złożeniu dokumentów niezbędnych do zaliczenia roku.
I staje taki studet, a właściwie studentka, przed poważnym zadaniem sformułowania tego podania. A wlaściwie przed problemem, jak napisać smutną prawdę nie ubierając jej w zbyt dosadne słowa. Tylko jak tu przeprowadzić tę trudną operację przeniesienia swojego pełnego zawirowań jestestwa w dwie linijki tekstu, skoro jestestwo, jak to bywa, skomplikowane, a środki wyrazu ograniczone.
Czemu nie można napisać po prostu: "Zwracam się z uprzejmą prośbą o przedłużenie terminu składania indeksu, ponieważ byłam tak zajęta grą w mafię, że przeoczyłam nadejście września"? Albo czy "To już mój ostatni rok, więc może dla świętego spokoju darujecie mi, Szanowne Władze Wydziału, to drobne opóźnienie? Mogę stwierdzić z całą pewnością, że to się już więcej nie powtórzy" nie brzmi bardziej przekonująco? Czy nie chwyciłby mocniej za serce taki oto opis: "Jestem niebotyczną ofiarą losu i zdaję sobie z tego sprawę. Czy mogę liczyć po raz ostatni na Wasze miłosierdzie?"? Czy nie można użyć takiego prostego argumentu: "Jak co roku o tej porze zwracam się uprzejmą prośbą o przedłużenie sesji, licząc w skrytości ducha, że ze względu na tradycję mogę liczyć na pozytywne rozpatrzenie mojego podania"? Dlaczego nie przejdzie rozbrajająco szczerze: "Nie mam żadnego rozsądnego uzasadnienia, dlaczego mielibyście przychylić się do mojego błagania, więc po prostu proszę"?
Zresztą, może by i przeszło, kto wie, ale studentka powściągnęła tym razem swoje umiłowanie ryzyka, więc musi kto inny sprawdzić. Chętni i odważni studenci mogą się zgłaszać ;).
I staje taki studet, a właściwie studentka, przed poważnym zadaniem sformułowania tego podania. A wlaściwie przed problemem, jak napisać smutną prawdę nie ubierając jej w zbyt dosadne słowa. Tylko jak tu przeprowadzić tę trudną operację przeniesienia swojego pełnego zawirowań jestestwa w dwie linijki tekstu, skoro jestestwo, jak to bywa, skomplikowane, a środki wyrazu ograniczone.
Czemu nie można napisać po prostu: "Zwracam się z uprzejmą prośbą o przedłużenie terminu składania indeksu, ponieważ byłam tak zajęta grą w mafię, że przeoczyłam nadejście września"? Albo czy "To już mój ostatni rok, więc może dla świętego spokoju darujecie mi, Szanowne Władze Wydziału, to drobne opóźnienie? Mogę stwierdzić z całą pewnością, że to się już więcej nie powtórzy" nie brzmi bardziej przekonująco? Czy nie chwyciłby mocniej za serce taki oto opis: "Jestem niebotyczną ofiarą losu i zdaję sobie z tego sprawę. Czy mogę liczyć po raz ostatni na Wasze miłosierdzie?"? Czy nie można użyć takiego prostego argumentu: "Jak co roku o tej porze zwracam się uprzejmą prośbą o przedłużenie sesji, licząc w skrytości ducha, że ze względu na tradycję mogę liczyć na pozytywne rozpatrzenie mojego podania"? Dlaczego nie przejdzie rozbrajająco szczerze: "Nie mam żadnego rozsądnego uzasadnienia, dlaczego mielibyście przychylić się do mojego błagania, więc po prostu proszę"?
Zresztą, może by i przeszło, kto wie, ale studentka powściągnęła tym razem swoje umiłowanie ryzyka, więc musi kto inny sprawdzić. Chętni i odważni studenci mogą się zgłaszać ;).
niedziela, 30 sierpnia 2009
Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej II
opuściliśmy Elżbietę przysypiającą na dworcu w czwartkowy wieczór. poranek zastał ją zwiniętą w harmonijkę na poczekalniowej ławce, z której o godzinie 4:50 powstała, udała się po bagaż, a następną godzinę spędziła na ławeczce przy peronach oczekując na swój autobus. autobus pojawił się mniej więcej o czasie, przy czym raczej mniej niż więcej. pan kierowca upchnął jakoś nasze bagaże w lukach, pani sprawdzająca bilety uporała się z pasażerami "bo ja prosiłam dwa bilety, a dali mi jeden, może weźmiecie mojego syna, prooooszę" i polecielim na Szczecin, czyli do Port Kafkaz, gdzie się kończy Rosja, a zaczyna Cieśnina Kerczeńska. większości drogi Elżbieta nie pamięta, bo ją sen zmorzył po harmonijkowej nocy. budziła się tylko na postojach, a raz została przez pana kierowcę uhonorowana zadaniem pilnowania, żeby nikt nie trącił takiej dźwigienki, "bo się autobus do tyłu potoczy". się nie potoczył, bo nikomu się dźwigienki ruszać nie chciało.
pan kierowca zasługuje na osobny opis, ponieważ wydał się Elżbiecie postacią bardzo sympatyczną, jakkolwiek ani razu się nie uśmiechnął, ale znać było, że ma złote serce. tuszy był dość znacznej, poruszał się statecznie i równie statecznie mówił, a w drodze popijał zieloną herbatę Liptona (lobby niżnodońskie zdecydowanie poleca Nestea Vita'o z truskawką). Elżbietę urzekło szczególnie, jak pewnemu pasażerowi tłumaczył, żeby nie wsiadał, póki się ludzie nie umieszczą w autokarze, bo: "tu wchodzą, tu wychodzą, czasem babcia, czasem traktor" i to wszystko ze śmiertelnie poważną miną.
autobus osiągnął był Port Kafkaz przed 11, pan nas porzucił przy morskom wokzale, czyli morskim dworcu i pojechał, a lud został i zaczął się przemieszczać w stronę rzeczonego dworca, coby w kasie bilet na prom nabyć. Elżbieta stała sobie w kolejce i tyle z tego miała, że jej pani w kasie przed nosem okienko zamknęła i powiedziała, że następna tura za 20 min., więc Elżbieta machnęła ręką, oparła się o Pana Plecaka i zaczęła robić sudoku z trudnej książeczki. za nie wiadomo ile czasu okienko znowu się otworzyło i zaczęło wypluwać bilety, ludzie zaczęli ustalać, kto jest ostatni, Elżbieta w końcu nabyła kwitek uprawniający do wejścia na prom, a potem udała się stać w kolejce do kontroli bagażowo-paszportowej, która miała do wejścia na prom uprawnić ostatecznie. w kolejce do kontroli spędziła następne trudne sudoku, zawarła przelotną znajomość z kilkoma współstaczami, poklęła, pojęczała, zestresowała się przy oglądaniu paszportu, bo Pan Nadgorliwy Urzędnik chciał koniecznie studentskij biliet, a Elżbieta biliet porzuciła w domu w przekonaniu, że nikogo nie zainteresuje. koniec końców jednak dał spokój, oddał dokument i można było snuć się dalej. dalej było prześwietlenie bagażu, które niczego ciekawego nie wykazało, a w szczególności nie wykazało, że Elżbieta znowu szmugluje niedoszłe zabytki.
dalej jeszcze tylko stempelek w paszporcie i można się powlec na prom. na promie pytają, jaka narodowość i dają ukraińską kartę migracyjną, proponując wypełnienie, ale Elżbieta jest twarda i wypełnia sobie sama po porzuceniu bagażu. początkowo sądziła, że znajduje się w okolicach dziobu, ale rychło odkryła swój błąd, bo prom się był wdzięcznie obrócił i dziób się okazał być nędzną rufą, więc zamiast przyjemności z patrzenia na port przeznaczenia przyszło się gapić na mewy. długo się gapić nie dało, bo przeprawa trwała jakieś 20 min (kontrola około 2 godzin - ktoś powinien wyjść z inicjatywą, żeby odwrócić proporcje, bo znacznie przyjemniej się pływa, nawet na rufie, niż stoi z Panem Plecakiem, Panem Namiotem i małym plecakiem w kolejce). prom przybił do Port Krym, wbili stempelek, że Elżbiecie wolno zwiedzać Kercz, zapytali, gdzie będzie mieszkać i zadowolili się odpowiedzią, że nie wiadomo. następnie należało przeczekać dwie marszrutki, upchnąć się w końcu do trzeciej, przyjąć pomoc od miłego młodzieńca o wystroju na pierwszy rzut oka nieco zniechęcającym (dwa kolczyki w dolnej wardze i ogólne efekt emo) - drugi rzut i następne potwierdził, że wygląd nie całkiem świadczy - młodzieniec pomógł Elżbiecie dostać się z dworca autobusowego na kolejowy, poniósł kawałek bagażu, a potem się pożegnali. on poszedł w swoją stronę, a Elżbieta poszła się załamać pod ciężarem Pana Plecaka i kupić bilet. bilet kupiła na dzień następny i zaczęła się zastanawiać, co dalej....
pan kierowca zasługuje na osobny opis, ponieważ wydał się Elżbiecie postacią bardzo sympatyczną, jakkolwiek ani razu się nie uśmiechnął, ale znać było, że ma złote serce. tuszy był dość znacznej, poruszał się statecznie i równie statecznie mówił, a w drodze popijał zieloną herbatę Liptona (lobby niżnodońskie zdecydowanie poleca Nestea Vita'o z truskawką). Elżbietę urzekło szczególnie, jak pewnemu pasażerowi tłumaczył, żeby nie wsiadał, póki się ludzie nie umieszczą w autokarze, bo: "tu wchodzą, tu wychodzą, czasem babcia, czasem traktor" i to wszystko ze śmiertelnie poważną miną.
autobus osiągnął był Port Kafkaz przed 11, pan nas porzucił przy morskom wokzale, czyli morskim dworcu i pojechał, a lud został i zaczął się przemieszczać w stronę rzeczonego dworca, coby w kasie bilet na prom nabyć. Elżbieta stała sobie w kolejce i tyle z tego miała, że jej pani w kasie przed nosem okienko zamknęła i powiedziała, że następna tura za 20 min., więc Elżbieta machnęła ręką, oparła się o Pana Plecaka i zaczęła robić sudoku z trudnej książeczki. za nie wiadomo ile czasu okienko znowu się otworzyło i zaczęło wypluwać bilety, ludzie zaczęli ustalać, kto jest ostatni, Elżbieta w końcu nabyła kwitek uprawniający do wejścia na prom, a potem udała się stać w kolejce do kontroli bagażowo-paszportowej, która miała do wejścia na prom uprawnić ostatecznie. w kolejce do kontroli spędziła następne trudne sudoku, zawarła przelotną znajomość z kilkoma współstaczami, poklęła, pojęczała, zestresowała się przy oglądaniu paszportu, bo Pan Nadgorliwy Urzędnik chciał koniecznie studentskij biliet, a Elżbieta biliet porzuciła w domu w przekonaniu, że nikogo nie zainteresuje. koniec końców jednak dał spokój, oddał dokument i można było snuć się dalej. dalej było prześwietlenie bagażu, które niczego ciekawego nie wykazało, a w szczególności nie wykazało, że Elżbieta znowu szmugluje niedoszłe zabytki.
dalej jeszcze tylko stempelek w paszporcie i można się powlec na prom. na promie pytają, jaka narodowość i dają ukraińską kartę migracyjną, proponując wypełnienie, ale Elżbieta jest twarda i wypełnia sobie sama po porzuceniu bagażu. początkowo sądziła, że znajduje się w okolicach dziobu, ale rychło odkryła swój błąd, bo prom się był wdzięcznie obrócił i dziób się okazał być nędzną rufą, więc zamiast przyjemności z patrzenia na port przeznaczenia przyszło się gapić na mewy. długo się gapić nie dało, bo przeprawa trwała jakieś 20 min (kontrola około 2 godzin - ktoś powinien wyjść z inicjatywą, żeby odwrócić proporcje, bo znacznie przyjemniej się pływa, nawet na rufie, niż stoi z Panem Plecakiem, Panem Namiotem i małym plecakiem w kolejce). prom przybił do Port Krym, wbili stempelek, że Elżbiecie wolno zwiedzać Kercz, zapytali, gdzie będzie mieszkać i zadowolili się odpowiedzią, że nie wiadomo. następnie należało przeczekać dwie marszrutki, upchnąć się w końcu do trzeciej, przyjąć pomoc od miłego młodzieńca o wystroju na pierwszy rzut oka nieco zniechęcającym (dwa kolczyki w dolnej wardze i ogólne efekt emo) - drugi rzut i następne potwierdził, że wygląd nie całkiem świadczy - młodzieniec pomógł Elżbiecie dostać się z dworca autobusowego na kolejowy, poniósł kawałek bagażu, a potem się pożegnali. on poszedł w swoją stronę, a Elżbieta poszła się załamać pod ciężarem Pana Plecaka i kupić bilet. bilet kupiła na dzień następny i zaczęła się zastanawiać, co dalej....
środa, 26 sierpnia 2009
Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej Ib
po drugim filmie czy też w trakcie, Elżbieta nie pomni, elektryczka dotoczyła się do celu, czy Krasnodaru. w Krasnodarze Elżbieta zakrzyknęła po grecku na widok imponującej fasady dworca i udała się na dworzec autobusowy o nieco mniej imponującej fasadzie (właściwie to absolutnie nieimponującej), dowiedziała się, że do Kerczu miejsc niet, chyba że się znajdą jakieś wolne w autobusie do Jałty, znaczy, ktoś nie przyjdzie. Elżbieta poczekała grzecznie do 22:30, ale się okazało, że niedobre ludzie przyszły wszystkie, więc musiała czekać do 6 rano na autobus do Port Kafkaz, który to port jest oknem na świat, a konkretnie na Cieśninę Kerczeńską, dawny Bosfor Kimeryjski.
spędziła w związku z tym noc na akrobatycznych snach w poczekalni, zmieniając co pół godziny bok, na który się kiwała. na szczęście kiwała się tylko z małym plecakiem, bo duży porzuciła w przechowalni, gdzie spotkała Pierwszego Dobrego Człowieka - pana obsługującego, który wziął namiot na przechowanie nie biorąc za niego dodatkowych opłat. dzięki czemu namiot spał wygodnie i bezpiecznie, w przeciwieństwie do właścicielki, która robiła różne zabawne rzeczy z kręgosłupem, żeby się jakoś ukompatybilnić z ławką. szło jak szło, ale odrobię snu udało się złapać.
co się zdarzyło dnia następnego, dowie się Drogi Czytelnik następnym razem... :)
PS. kółeczko urwane od plecaka okazało się nie być tak całkiem bezużyteczne, ponieważ chroniło przed wypadnięciem taki gwoździk, który trzymał ramię plecaka blisko stelaża. nie stało kółeczka, nie było i trzymania, więc trzeba było wiązać, niestety. drugiego kółeczka w związku z tym Elżbieta nie wyrwała, chociaż też bezczelnie parę razy przymierzało się do jej własnych spodni i ich zawartości.
spędziła w związku z tym noc na akrobatycznych snach w poczekalni, zmieniając co pół godziny bok, na który się kiwała. na szczęście kiwała się tylko z małym plecakiem, bo duży porzuciła w przechowalni, gdzie spotkała Pierwszego Dobrego Człowieka - pana obsługującego, który wziął namiot na przechowanie nie biorąc za niego dodatkowych opłat. dzięki czemu namiot spał wygodnie i bezpiecznie, w przeciwieństwie do właścicielki, która robiła różne zabawne rzeczy z kręgosłupem, żeby się jakoś ukompatybilnić z ławką. szło jak szło, ale odrobię snu udało się złapać.
co się zdarzyło dnia następnego, dowie się Drogi Czytelnik następnym razem... :)
PS. kółeczko urwane od plecaka okazało się nie być tak całkiem bezużyteczne, ponieważ chroniło przed wypadnięciem taki gwoździk, który trzymał ramię plecaka blisko stelaża. nie stało kółeczka, nie było i trzymania, więc trzeba było wiązać, niestety. drugiego kółeczka w związku z tym Elżbieta nie wyrwała, chociaż też bezczelnie parę razy przymierzało się do jej własnych spodni i ich zawartości.
Pamiętniki z wojny... tfu, podróży krymskiej Ia
podróż Elżbiety zaczęła się w ostatni czwartek lipca Anno Domini 2009 o godzinie 11:54, kiedy to opuściła tak przez siebie ukochane ziemie starożytnego miasta T. i wsiadła do elektryczki zdążającej do wielkiego miasta pozbawionego atrakcji architektonicznych, czyli Rostowa nad Donem. Elżbieta tym razem nie płakała odjeżdżając, ponieważ już wiedziała, że można tu wrócić i że chociaż wyjeżdża z niechęcią, to nie na zawsze. sen ją był zmorzył szybko i droga minęła niepostrzeżenie, aż na końcu przebudził ją towarzyszący Pan Archeolog, który następnie dokonał porzucenia tejże pod kasą biletową i po krótkim pożegnaniu oddalił się w swoją stronę, a Elżbieta nabyła bilet. nie wiedząc, że właściwą jej klasą jest klasa trzecia, nabyła niechcący bilet do drugiej, ale o tym później. na razie bowiem Elżbietę czekały 3 godziny oczekiwania na dworcu, które zapełniała obserwacja panów rozmontowujących rusztowanie, a potem rozwiązywanie ciągle tego samego sudoku (gdyż albowiem chociaż napis głosił, że proste, to było trudniejsze niż najtrudniejsze z innej gazetki; wot, względność). w międzyczasie Pan Archeolog, który już załatwił swoje sprawy, objawił się spodziewanie, choć z zaskoczenia, nad głową Elżbiety i rzucił radośnie: "i tak ci nie wyjdzie". oczywiście wyszło ;).
wreszcie przyszła pora pakowania się do pociągu. Elżbieta wyszła na peron i zarzuciła plecak na ramiona, a plecak, złośliwiec, zachował się bardzo nieelegancko i wydarł jej w spodniach dziurę tam, gdzie zwykle jest tylna kieszeń. tu jednak kieszeni nie było, więc powstała dziura niezwykle przejrzysta, którą Elżbieta musiała, niczym order złośliwości przedmiotów martwych, nosić przez cztery kolejne dni. przyjrzawszy się plecakowi bliżej, zlokalizowała sprawcę dziury owej, czyli takie małe kółeczko, któremu się drucik odgiął. brzydki drucik, on nam dziurę, my go urwiem i po kłopocie. urwała Elżbieta kółko, wsiadła do pociągu, do klasy drugiej, co okazała się być całkiem luksusowa, posiadać numerowane fotele, ekran ze wszech miar ciekłokrystaliczny i klimatyzację. klimatyzacja polegała na tym, że pani prowadniczka powiedziała: "panowie, otwórzcie okna, będzie chłodniej". panowie otworzyli okna i faktycznie zrobiło się chłodniej, zwłaszcza kiedy pociąg był w ruchu. na ekranie pojawił się film produkcji lat 60-tych, "Moskwa łzom nie wierzy". niestety, Elżbieta akcję przestała śledzić dość szybko, bo jej się przysnęło. obudziła się w połowie i na koniec, co dawało nikłe podstawy do rekonstrukcji przebiegu akcji. drugi film spotkała ta sama zniewaga.
wreszcie przyszła pora pakowania się do pociągu. Elżbieta wyszła na peron i zarzuciła plecak na ramiona, a plecak, złośliwiec, zachował się bardzo nieelegancko i wydarł jej w spodniach dziurę tam, gdzie zwykle jest tylna kieszeń. tu jednak kieszeni nie było, więc powstała dziura niezwykle przejrzysta, którą Elżbieta musiała, niczym order złośliwości przedmiotów martwych, nosić przez cztery kolejne dni. przyjrzawszy się plecakowi bliżej, zlokalizowała sprawcę dziury owej, czyli takie małe kółeczko, któremu się drucik odgiął. brzydki drucik, on nam dziurę, my go urwiem i po kłopocie. urwała Elżbieta kółko, wsiadła do pociągu, do klasy drugiej, co okazała się być całkiem luksusowa, posiadać numerowane fotele, ekran ze wszech miar ciekłokrystaliczny i klimatyzację. klimatyzacja polegała na tym, że pani prowadniczka powiedziała: "panowie, otwórzcie okna, będzie chłodniej". panowie otworzyli okna i faktycznie zrobiło się chłodniej, zwłaszcza kiedy pociąg był w ruchu. na ekranie pojawił się film produkcji lat 60-tych, "Moskwa łzom nie wierzy". niestety, Elżbieta akcję przestała śledzić dość szybko, bo jej się przysnęło. obudziła się w połowie i na koniec, co dawało nikłe podstawy do rekonstrukcji przebiegu akcji. drugi film spotkała ta sama zniewaga.
niedziela, 23 sierpnia 2009
Obserwacyje
O tym, na ile naprawdę kogoś znasz, najprościej przekonać się, szukając dla niej/niego prezentu (najskuteczniej działa próba wybrania książki).
czwartek, 6 sierpnia 2009
Z życia wzięte
Scena pierwsza.
Występują: Kolega I, Kolega II, pani sprzedawczyni (postać niema).
Miejsce akcji: sklep, rosyjska wieś.
Kolega I: - Jak powiedzieć "pół chleba"?
Kolega II: - Nie można kupować połówek.
Kolega I: - A czemu tam leży pół?
Kolega II: - Widać ktoś sobie kupił.
Scena druga.
Występują: Człowiek Płci Męskiej, Zła Kobieta, grupa znajomych i zwierzę domowe.
Miejsce akcji: okolice sklepu, rosyjska wieś.
(ZK grzebie w torebce)
Człowiek: - Chodź, brzydalu!
ZK: - Już idę, tylko pieniądze schowam.
Człowiek (z wyrazem osłupienia na twarzy): - Ale ja mówiłem do psa...
Morał: Dobrze jest kontrolować na bieżąco efekty pracy nad wizerunkiem ;).
Występują: Kolega I, Kolega II, pani sprzedawczyni (postać niema).
Miejsce akcji: sklep, rosyjska wieś.
Kolega I: - Jak powiedzieć "pół chleba"?
Kolega II: - Nie można kupować połówek.
Kolega I: - A czemu tam leży pół?
Kolega II: - Widać ktoś sobie kupił.
Scena druga.
Występują: Człowiek Płci Męskiej, Zła Kobieta, grupa znajomych i zwierzę domowe.
Miejsce akcji: okolice sklepu, rosyjska wieś.
(ZK grzebie w torebce)
Człowiek: - Chodź, brzydalu!
ZK: - Już idę, tylko pieniądze schowam.
Człowiek (z wyrazem osłupienia na twarzy): - Ale ja mówiłem do psa...
Morał: Dobrze jest kontrolować na bieżąco efekty pracy nad wizerunkiem ;).
Które to jutro?
Wpis miał być jutro liczac od przedwczoraj, ale najpierw Nietakamałami odpowiedziała na mój frytkowy apel i jakoś dzień minął na konsupcji i ogladaniu fotek kamulców, skolopender i mniej lub bardziej opalonych archeologów, a dzisiaj wpadłam świtkiem koło południa (a nawet popołudnia) do Ezer, przycięłyśmy nierówno żywopłot (znaczy, ja na pewno), podziwiłam wielkiego, białego, niebieskookiego kota i trochę większą, ale nadal malutką Torpedę, objadłyśmy trochę agrestu z krzaczków i znowu dzień minął, a noc zajęło zgrywanie tony płyt z rosyjską muzyką, co się ją ze sobą ze Wschodu przywlokło.
W związku z tym ogłasza się niedotrzymanie terminu ze względów towarzyskich.
Redakcja zbyt dobrze się bawi, żeby jej było wstyd, ale postara się poprawić.
W związku z tym ogłasza się niedotrzymanie terminu ze względów towarzyskich.
Redakcja zbyt dobrze się bawi, żeby jej było wstyd, ale postara się poprawić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)