piątek, 13 czerwca 2008

powrót na wezwanie

przywołana do porządku przez towarzyszkę herbacianych wieczorów melduję, że żyję. mniej więcej. sesja jest, więc obecnie nieco mniej.

wena blogowa, niestety, jak widać, zdechła nieco. nie postawiło jej na nogi nawet poszukiwanie greckiego odpowiednika słowa "pendentyw" (jeżeli ktoś jest zainteresowany, znalazłam;) - to chyba urok tego nowego plusa (w sumie, nowy to on było, jak mi się zaczynało odechciewać;), psa urok taki...

niemniej, niebawem jadę znowu kopać do Rosji (stęskniłam się za kilofami...), doktor już zapowiedział, że w tym roku komary SĄ. to ja się uprzejmie pytam, naprawdę uprzejmie, co w takim razie w zeszłym roku było? motylki? żarłoczne jakieś te motylki. w tym roku pewnie się rozpanoszyły te z kurhanu, co czekają od wczesnego neolitu.

tak poza tym, marzy mi się czasem przejazd koparką. żółtą. przedsiębierną ;)

czwartek, 3 kwietnia 2008

droga Redakcjo!

droga Redakcjo,

w pierwszych słowach mego listu pragnę Szanowną Redakcję zapytać, czy Szanowna Redakcja się orientuje może, co to się z czasem porobiło? bo dziwne rzeczy się dzieją, nie dość, że ze stycznia niepostrzeżenie zrobił się kwiecień, to niedawno z godziny drugiej bez pytania zrobiła się trzecia! czy Szanowna Redakcja zdaje sobie sprawę, że nocą ktoś czas wykrada z zasobów mieszkańców?

druga sprawa, na którą chciałabym, proszę Redakcji zwrócić uwagę, to tajemniczy atak, którego ofiarą padła była minionej nocy moja własna osoba. mianowicie półka moja własna niespodziewanie zdziczała i zaczaiwszy się podstępnie w dogodnej chwili spadła na mą głowę, powodując liczne obrażenia tejże głowy. wskutek tego zuchwałego napadu cierpię dotkliwie, albowiem ilekroć próbuję się roześmiać, uporczywy ból odzywa się w miejscu, gdzie nastąpił atak półki, co prowadzi do jeszcze większego śmiechu, i tak w koło, Szanowna Redakcjo - przez półkę wszystko, to zła półka była, czy Redakcja może coś na to poradzić?

jeżeli Szanowna Redakcja nie czuje się jeszcze przytłoczona nadmiarem pytań... nie, chyba jednak się czuje. cóż, trudno, sprawę znikającego soku malinowego rozwiążę sama, tylko zróbcie coś z tą półką, bo tak dalej żyć się nie da!

niedziela, 6 stycznia 2008

po czym poznać...

po czym poznać studenta?

Patrzy na awizo i myśli "rewers".

Kiedy kolega mówi, że ma egzamin na prawo jazdy, gryzie się język w ostatniej chwili, żeby nie zapytać "ustny czy pisemny?".

obydwie scenki autentyczne, w czasie ich kręcenia nie ucierpiał nikt niezwiązany z uniwersytetem ;-)

poniedziałek, 24 grudnia 2007

historyjka z życzeniami

czasem trzeba zejść do piwnicy. w piwnicy jest ciemno, zimno i mieszkają tam książki w starej gablotce. i czasem wśród tych książek oprócz tego, czego się akurat szuka (przeoczonego kiedyś IV tomu niedoczytanej "Wojny i pokoju" na przykład) można znaleźć coś zupełnie niespodziewanego.

i doświadczyć pomieszania zachwytu z irytacją, gdy się odkryje, że się ma słownik Doroszewskiego...
... ale tylko DWA PIERWSZE TOMY.

zatem z okazji Świąt oprócz tradycyjnego pokoju i radości życzę Wam też, żebyście schodząc w ciemność znajdowali w niej wszystkie "tomy" Waszych powodów do radości... :)

sobota, 8 grudnia 2007

słodkie zauroczenie

spragniony ciepła wafelek w czekoladzie przytulił się ufnie do ścianki kubka z gorącą herbatą. na efekty tak lekkomyślnego postępowania nie trzeba było długo czekać - jak należało się spodziewać, zachwycona czekolada zapałała miłością do naczynia i porzucając biednego wafelka bez chwili zastanowienia przeniosła się na glinianą ściankę malowaną w aniołki.

taki oto stan rzeczy zastała Spragniona, kiedy to wziąwszy w jedną rękę kubek, w drugą wafelki, odkryła, że zarówno kubek, jak i jej druga ręka są pokryte bardzo rozpuszczoną czekoladą.

oblizanie ręki nie było jeszcze złym pomysłem. kubka - nieco gorszym, bo w międzyczasie również i jego ścianka przywiązała się do czekolady, i w zemście za próbę rozdzielenia ze słodką przyjaciółką kubek wredny znienacka nalał Spragnionej herbaty do rękawa.

romantycznego epilogu niestety nie było, wafelki zostały zjedzone zgodnie z pierwotnym planem.

choroba!

porządny student choruje w weekend.

porządny katar leczony trwa tydzień, a nieleczony siedem dni. porządny katar nie przypomina sinusoidy i nie pojawia się wtedy, kiedy się rozważa wyjście z domu, nie znika natomiast tuż po tym, kiedy się zawiadomi znajomych, że niestety na imprezę nie da się przyjść.

drogi katarze, co to ma być? kto to widział, żeby katar taki niepoważny był!

poniedziałek, 26 listopada 2007

gdzie można, a gdzie lepiej nie.

jest dużo dobrych momentów na kawę. jest dużo dobrych miejsc na kawę.
trzeba tylko pamiętać, które to są te dobre, i że własna kieszeń do nich nie należy, nawet jeżeli styropianowy kubeczek wygląda na szczelnie zamknięty plastikową pokrywką.

cóż, nie ma tego mokrego, co by kiedyś nie wyschło, prawda? :)

czwartek, 22 listopada 2007

zwierzenie parapedagogiczne, ewentualne ciekawe na samym końcu

podobno życzenie komuś: "obyś cudze dzieci uczył" oznacza, że żywi się do niego zbyt ciepłych uczuć.

po czterech latach takiej zabawy sama nie wiem, czy się z tym zgodzić, czy nie (pomijając kwestię zarobków w szkołach państwowych, bo pod tym względem nie ma wątpliwości, że to nie jest dobre życzenie) - sprawa jest o tyle wątpliwa, że nie zdarzyło mi się uczyć w szkole na normalnych lekcjach, gdzie wszyscy siedzieć i kuć deklinacje po prostu muszą. na kółko kto chce, może przyjść, kto nie chce, może się wypisać, więc jest szansa, że chodzą zainteresowani (a i tak od gadania nie da się ich powstrzymać). i całkiem dobrze to działa, chociaż czasem gardło mówi "stop" i bierze wolne :).

ciekawa jestem, czy tym, którzy trafiają do mnie na zajęcia, coś z nich zostanie w pamięci, czy wszystko minie jak jeden z wielu epizodów - na pedagogice czytaliśmy teksty o tym, jak to nauczyciel tkwi w miejscu, a uczniowie przychodzą i odchodzą, i jakie to jest dla niego trudne. wszystko było bardzo poważne i nieco patetyczne, ale coś w tym jest, chociaż jak dotąd nie płaczę w poduszkę ;).

wiem, że nikogo nie da się niczego nauczyć na zasadzie otwarcia mu głowy i wlania do niej roztworu składni łacińskiej na przykład, ale coś by się jednak chciało w tych głowach zostawić, przekazać coś z własnego pokręconego sposób patrzenia na wszystko (domieszka może pomóc, całość... seminarium w Tworkach to się nazywa ;).

to sobie ponudziłam, ponudziłam, a teraz będzie historyjka z zajęć i głosowanie:
rozmowa miała miejsce dzisiaj taka (zadanie polega na tym, że mamy napisać, co mają umieć uczniowie po lekcji poświęconej rozbiorowi zdania pojedyńczo złożonego):
Prowadząca: rozbiór zdania złożone jest tak naprawdę straszliwie nudny.
Głosy z sali*: wcale nie!
Prowadząca: w porządku, dla niektórych nie jest.
Ja w przebłysku: i może właśnie tacy nie powinni zostawać nauczycielami?

temat do dyskusji: czy słuszny był ten przebłysk? :)

po podsumowaniu głosów za i przeciw dowiem się, czy mam być nauczycielem, czy też lepiej od razu sprawdzić, czy gdzieś nie szukają operatora kilofa.

*mój był tylko jeden z nich! :)

niedziela, 18 listopada 2007

się jedzie, się wraca, a po drodze...

wyjazdy są miłe. a jeżeli da się na taki spakować w przeciągu 15 minut, tym lepiej.

obiecali nam, że będzie relaks, na miejscu okazało się, że jednak musimy oddać się poważnym rozważaniom na temat przyszłości szkoły, ale generalnie mam bardzo pozytywne wspomnienia. z dyskusji okołoszkolnych też, żeby nie było.

niemniej, człowiek zwierzę złaknione życia towarzyskiego, więc popołudnia i wieczory upływały na przeróżnych rozrywkach, wśród których na wzmiankę zasługują co najmniej zbiorowa lektura wywiadu z Banderasem (podbił serca wszystkich zwierzeniem, że płacze, kiedy widzi swoją śmierć na ekranie) i równie zbiorowe oglądanie horroru, któremu towarzyszyły na zmianę salwy śmiechu i piski przerażenia (wężogłowy i ludzki hormon wzrostu to fantastyczne połączenie, szczególnie towarzyszy im niski budżet).

dobrze czasem wyjechać gdzieś, gdzie można porozmawiać przy stole, żeby pod koniec rozmowy o przewadze kilofa nad szpadlem i trudnościach w opanowaniu posługiwania się taczką usłyszeć: "jak to ciekawie brzmi, kiedy poważne studentki rozmawiają o kopaniu z takim zapałem". cóż, po dziesięciu miesiącach pracy intelektualnej nie ma nic lepszego niż czyszczenie kamieni w pięćdziesiąciostopniowym upale. nie, przepraszam, jest. rozbijanie kolejnej warstwy kilofem ;).

poza tym z wykopalisk wywozi się bardzo życiową wiedzę - na przykład, czym się różni szpadel od łopaty. i że "ładna, żółta ziemia" to "rozwalony piaskowiec" - to samo, a jak inaczej brzmi?

i z takich uduchowionych rozmów, wyżyn intelektualnych i radości życia trzeba było wrócić i czytać kolejne wielkie dzieło na jutrzejsze zajęcia z filozofii.
proza życia to okrutny wynalazek!

czwartek, 15 listopada 2007

podziwiając Barańczaka jeszcze bardziej

pierwszy wiersz napisałam mając osiem lat. z zazdrości, że koleżanka coś stworzyła i podobno było ładne, więc ja też musiałam. znając moją chomiczą naturę, owo wiekopomne dzieło zapewne ciągle tkwi w którymś stosie Kartek Nie Do Wyrzucenia.

następnych wierszy nie było. światowe zasoby poezji grafomańskiej zaiste uzupełnienia już nie potrzebują :)

i tak sobie żyłam spokojnie do zeszłego tygodnia, kiedy to się okazało, że na proseminarium każdy musi przetłumaczyć jeden z czytanych ostatnio wierszy.

nie wiem, czy pisanie sonetów jest trudne, ale tłumaczenie ich to interesujące zajęcie. pilnowanie na raz rytmu, średniówek, liczby sylab, sensu, atmosfery i kto spamięta, czego jeszcze, dziwnie przypomina początki tańca, kiedy trzeba było uważać jednocześnie na mnóstwo różnych części ciała, melodię i tempo (przypis: lepiej się tańczy, kiedy się to wszystko robi, a nie myśli o każdej rzeczy osobno, więc podejrzewam, że wiersze też się lepiej pisze, kiedy się pisze, a nie programuje).

moje nie całkiem dzieło, a już bynajmniej nie arcy, zostało przyjęte pozytywnie. następnych kilka miesięcy spędzę na poprawianiu ;).

skutki tej niewinnej rozrywki (że "praca domowa"? do pominięcia) są niewspółmierne do wyników: od rana myślę jedenastozgłoskowcem, patrząc na grecki wiersz zastanawiam się, jak by go można było przetłumaczyć, do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze tylko snu ze średniówką po piątej sylabie w roli głównej. reszta uczestniczek proseminarium reaguje podobnie; na szczęście to nic zaraźliwego... chyba ;)

obsesje przygarniam hurtem, byle nieszkodliwe :)

PS. klawiatura w telefonie działa. nie wiem, czemu działać przestała, nie wiem, czemu zaczęła, ale zdecydowanie wolę ten drugi wariant.