Wczorajszy wieczór zdominowały naleśniki, noc pączki, a dzień dokumentacja fotograficzna kiermaszu parafialnego.
Wnioski płynące z tych doświadczeń:
- prawdziwe danie bogów to bigos;
- 30 godzin bez snu nie jest złe, nawet jeżeli potem zasypia się na dywanie;
- loterie są ekscytujące, ale wolę inne formy szczęścia niż cztery puste losy na siedem (z pozytywnych stron: mam fajną kieszonkową krowę i dostałam smycz jako nagrodę pocieszenia. moja landlady, sprzedająca losy, zaproponowała mi też magnes na lodówkę z zastrzeżeniem, żebym tego nie wieszała w mieszkaniu;);
- lustrzanka nie robi dobrych zdjęć sama z siebie, ale i tak chcę coś takiego mieć - dobrze leży w ręku i dodaje powagi, a nawet "niewyszłe" zdjęcia są o niebo lepsze niż z mojego cudu techniki;
- fajtłapa czyści nóż palcem od tej niewłaściwej strony (noża, nie palca);
- na szczęście prawie już nie ma śladu, bo fajtłapa na jednak resztki refleksu;
- zgłoszenie się do przygotowywania pączków przed poprzednim kiermaszem było dobrym natchnieniem;
- rozbijanie jajek w ilościach hurtowych jest bardzo relaksującym zajęciem;
- ciasto na naleśniki podobno raz wyszło takie, jakie miało być - reflektuje ktoś na porcję, z której wychodzi lekko licząc 50 sztuk?
Pytanie retoryczne: jak to się dzieje, że gdzie nie pójdę, ludzie od razu się orientują, że dużo gadam? Domyślni jacyś, czy co? ;)
poniedziałek, 30 marca 2009
sobota, 28 marca 2009
Obrazki z wyprawy, część druga
Łapa fajtłapy wraca do siebie wzorowo, więc kolejna porcja zdjęć ląduje:

Bujna zieleń. Tym wiosna różni się od lata, kiedy to zieleń w większości ustępuje miejsca różnym odcieniom żółtego i brązowego, a turyści masowo napływają do Grecji.

Przerwa w zaroślach.

Drzewo z korą ładnego koloru. Nie czepiać się, mi się podoba :).

Jeszcze kwiatki. Tym razem białe.

Zapora nad Maratonem. Stąd Ateńczycy mają wodę.
Tytułem bonusu: sposób na radość na cały tydzień? Usłyszeć od szesnastolatka, że się młodo wygląda ;).

Bujna zieleń. Tym wiosna różni się od lata, kiedy to zieleń w większości ustępuje miejsca różnym odcieniom żółtego i brązowego, a turyści masowo napływają do Grecji.

Przerwa w zaroślach.

Drzewo z korą ładnego koloru. Nie czepiać się, mi się podoba :).

Jeszcze kwiatki. Tym razem białe.

Zapora nad Maratonem. Stąd Ateńczycy mają wodę.
Tytułem bonusu: sposób na radość na cały tydzień? Usłyszeć od szesnastolatka, że się młodo wygląda ;).
czwartek, 26 marca 2009
Obrazki z wyprawy
A jednak zdjęcia będą. Na razie roślinność:

Kwiatki małe dwa.

Tenisówki z Ferrari podbijają świat (copyright by Andrzej).

Też kwiatki, ale żółte.

Wielkie drzewo, czyli platan. Tak duży, że nie chciał się zmieścić w obiektywie (a mnie się nie chciało wstać z pnia i pójść kawałek dalej;).
Po krótkim doświadczeniu z cyfrówką marzę o posiadaniu własnej. Nie znacie jakiejś loterii, gdzie można wygrać? ;)

Kwiatki małe dwa.

Tenisówki z Ferrari podbijają świat (copyright by Andrzej).
Też kwiatki, ale żółte.

Wielkie drzewo, czyli platan. Tak duży, że nie chciał się zmieścić w obiektywie (a mnie się nie chciało wstać z pnia i pójść kawałek dalej;).
Po krótkim doświadczeniu z cyfrówką marzę o posiadaniu własnej. Nie znacie jakiejś loterii, gdzie można wygrać? ;)
środa, 25 marca 2009
Definicje
Dzisiaj zajmiemy się przybliżeniem znaczenia słowa "fajtłapa".
Jest to mianowicie taka osoba, która robi fajt i wskutek tego rozwala sobie łapę.
Zdjęcia z okoliczności przyrodniczych tego rozwalenia ukażą się niebawem, kiedy łapa będzie nieco bardziej nadawała się do użytku, bo w tej chwili możliwe jest wykorzystanie ok. 75% zasobów obu rąk, co trochę utrudnia pisanie i trochę bardziej obróbkę fotografii.
(nie ma się czym przejmować, kończynie nic nie jest;)
Jest to mianowicie taka osoba, która robi fajt i wskutek tego rozwala sobie łapę.
Zdjęcia z okoliczności przyrodniczych tego rozwalenia ukażą się niebawem, kiedy łapa będzie nieco bardziej nadawała się do użytku, bo w tej chwili możliwe jest wykorzystanie ok. 75% zasobów obu rąk, co trochę utrudnia pisanie i trochę bardziej obróbkę fotografii.
(nie ma się czym przejmować, kończynie nic nie jest;)
wtorek, 24 marca 2009
Jak trafić do człowieka
Jak zwykle w okolicach marca, wykopaliska dały o sobie znać w postaci maila od Doktora, czy się wybieram, na którego to maila odpisałam, że jeżeli tylko warunki pozwolą, to zdecydowanie tak. Cały czas mam nadzieję, że wykopię w końcu inskrypcję fundacyjną. Albo, na otarcie łez, chociaż jakiś większy kawałek czarki megaryjskiej.
Na przykład taki:

(te akurat pochodzą z Muzeum Agory Ateńskiej)
Nie mam, co prawda, złudzeń - kuszenie pracą moimi ulubionymi narzędziami ma na celu zdobycie siły roboczej. Niemniej wiadomość od koleżanki takiej oto treści:
"[Doktor] pokazał na spotkaniu twoje zdjęcie jako przykład dobrego machania kilofem :D"
rozbroiła mnie doszczętnie. To się nazywa poczuć docenioną ;).
Na przykład taki:

Nie mam, co prawda, złudzeń - kuszenie pracą moimi ulubionymi narzędziami ma na celu zdobycie siły roboczej. Niemniej wiadomość od koleżanki takiej oto treści:
"[Doktor] pokazał na spotkaniu twoje zdjęcie jako przykład dobrego machania kilofem :D"
rozbroiła mnie doszczętnie. To się nazywa poczuć docenioną ;).
niedziela, 22 marca 2009
piątek, 20 marca 2009
Lokatorka z przymusu
Przyszła do mnie. Nie wiem skąd. Powiedzenie, że nie przyjęłam jej z otwartymi ramionami, byłoby eufemizmem, i to poważnym. Jej pojawienie się wpędziło mnie raczej w irytację, bo dobrze wiem, czego się po tego typu współlokatorce można spodziewać. Hałasy niezależnie od pory dnia, wchodzenie mi w drogę, lekceważenie mojego świętego spokoju to tylko wyjątki z listy. Jednego byłam pewna - nie będzie podbierać mi ubrań z szafy, bo zupełnie na nią nie pasują.
Po godzinie brzęczenia mi nad uchem postawiłam jej ultimatum - albo natychmiast zamilknie, albo zostanie wyeksmitowana przy użyciu środków specjalnych*.
O dziwo, od tego czasu ani szmeru nie słyszałam.
A już myślałam, że nie posłucha, bo to zwykła wielka mucha.
*grecki brukowiec, do którego w niedzielę dodają fajne płyty ;)
Po godzinie brzęczenia mi nad uchem postawiłam jej ultimatum - albo natychmiast zamilknie, albo zostanie wyeksmitowana przy użyciu środków specjalnych*.
O dziwo, od tego czasu ani szmeru nie słyszałam.
A już myślałam, że nie posłucha, bo to zwykła wielka mucha.
*grecki brukowiec, do którego w niedzielę dodają fajne płyty ;)
czwartek, 19 marca 2009
Kobiety i programowanie, czyli...
Do listy rzeczy niebezpiecznych dołączyła koszulka. Na liście kolorów niebezpiecznych umocnił swą pozycję niebieski. Z listy rzeczy białych ubyła kolejna sztuka.
Pranie to rozwijające zajęcie, chociaż doskonalenie się w nim wymaga ofiar.
Pranie to rozwijające zajęcie, chociaż doskonalenie się w nim wymaga ofiar.
wtorek, 17 marca 2009
Co mają wspólnego poczta i zegarek?
Przybyła ostatnio do mnie Gościa (bo chyba można tak powiedzieć, skoro to gość żeńskiej płci? "gościna" to by chyba żona gościa była;), a konkretnie przyleciała moimi ulubionymi lotniczymi z oddalonego o jedną strefę czasową Berlina. Przybyła i oderwała bezlitośnie od komputera, żebym jej pokazała, jak wyglądają Ateny, w których rośnie trawa. Pokazałam, co się dało, Gościa wyjechała, a ja znowu gniję przed ekranem. Jaki z tego wniosek? Goście to zdecydowanie pożyteczne zjawisko!
Nie o tym jednak dzisiaj, bo Ubuntu odmawia uparcie kontaktu z partycją, na której mam zdjęcia, a opowiadanie o wiośnie bez zdjęć ma sens, ale mniejszy, więc dzisiaj będzie wycieczka do czasów dzieciństwa.
Zamarzył mi się bowiem ostatnio zegarek. Jak znajdę taki za sensowną cenę, to nabyć nie omieszkam, ale z używaniem gorzej, bo mi się zamarzył zegarek na łańcuszku. I gdzie ja go potem będę trzymać, jak ja nieboga kieszeni nie posiadam? I jak ja go wyciągnę, żeby godzinę sprawdzić, jak ja niewiasta? A tam, nie ma co się przejmować zawczasu, skoro nie posiadam jeszcze zegarka.
Ale nie o posiadaniu miało być, ale o dzieciństwie. Otóż w czasach wczesnej młodości czytywałam sobie książki A. Szklarskiego z serii o Tomku - nie pamiętam, czy to były pierwsze książki o podróżach, które wpadły mi w ręce, ale jeżeli tak, to one odpowiadają za to, że mnie teraz nosi po świecie ;). W pierwszej z nich bohaterowi tajemniczy złodziej podwędził zegarek - potem tym złodziejem okazał się ptak gatunkiem altannik. Ptak ptakiem, ale nie do przeskoczenia dla mojego młodego umysłu okazał się opis owego zegarka, który na kopercie miał jakiś widok, nie pamiętam już nawet w tej chwili, jaki dokładnie. Za nic nie mogłam dojść, po co zegarek wkładać do koperty!
Dopiero wiele lat później, przypadkiem chyba zresztą, dowiedziałam się, o co z tą kopertą chodziło i że ona z listową nic wspólnego nie ma.
Ale co się nadziwiłam, to moje.
Wywiad przeprowadzony wśród znajomych wykazał, że nie tylko moje. Ktoś jeszcze się poczuwa? :)
Postpostowo pytanie filozoficzne: Jaki sens ma pisanie na opakowaniu sucharów, że są świeże? Czy to nie ten... no... oksymoron?
Nie o tym jednak dzisiaj, bo Ubuntu odmawia uparcie kontaktu z partycją, na której mam zdjęcia, a opowiadanie o wiośnie bez zdjęć ma sens, ale mniejszy, więc dzisiaj będzie wycieczka do czasów dzieciństwa.
Zamarzył mi się bowiem ostatnio zegarek. Jak znajdę taki za sensowną cenę, to nabyć nie omieszkam, ale z używaniem gorzej, bo mi się zamarzył zegarek na łańcuszku. I gdzie ja go potem będę trzymać, jak ja nieboga kieszeni nie posiadam? I jak ja go wyciągnę, żeby godzinę sprawdzić, jak ja niewiasta? A tam, nie ma co się przejmować zawczasu, skoro nie posiadam jeszcze zegarka.
Ale nie o posiadaniu miało być, ale o dzieciństwie. Otóż w czasach wczesnej młodości czytywałam sobie książki A. Szklarskiego z serii o Tomku - nie pamiętam, czy to były pierwsze książki o podróżach, które wpadły mi w ręce, ale jeżeli tak, to one odpowiadają za to, że mnie teraz nosi po świecie ;). W pierwszej z nich bohaterowi tajemniczy złodziej podwędził zegarek - potem tym złodziejem okazał się ptak gatunkiem altannik. Ptak ptakiem, ale nie do przeskoczenia dla mojego młodego umysłu okazał się opis owego zegarka, który na kopercie miał jakiś widok, nie pamiętam już nawet w tej chwili, jaki dokładnie. Za nic nie mogłam dojść, po co zegarek wkładać do koperty!
Dopiero wiele lat później, przypadkiem chyba zresztą, dowiedziałam się, o co z tą kopertą chodziło i że ona z listową nic wspólnego nie ma.
Ale co się nadziwiłam, to moje.
Wywiad przeprowadzony wśród znajomych wykazał, że nie tylko moje. Ktoś jeszcze się poczuwa? :)
Postpostowo pytanie filozoficzne: Jaki sens ma pisanie na opakowaniu sucharów, że są świeże? Czy to nie ten... no... oksymoron?
niedziela, 15 marca 2009
Na czym polega życie?
Odpowiedzi na tytułowe pytanie są różne. Jest gdzieś ponoć jakaś teoria, która głosi, że życie polega na zdobywaniu nowych doświadczeń (jeżeli się pomyliłam i jej nie było, właśnie powstała na użytek tej notki).
Wyjazd do Grecji przyniósł mi dużo nowych doświadczeń. Nauczyłam się gotować ryż, makaron i kaszę gryczaną, robić pranie (czyli obsługiwać pralkę), że niebieskie rzeczy w kombinacji z białymi dają podobny efekt, jak żółte, że jedna czarna farbująca sztuka odzieży może pozbawić bieliznę podstawy etymologicznej, itd. Mam nadzieję również nauczyć się szybko pisać magisterkę, między nami mówiąc.
Wśród niezaliczających się do naukowych doświadczeń znalazła się też produkcja pączków na skalę parafialną, a konkretnie pewne jej wycinki (jako że z kręcenia samych pączków zrezygnowałam po pierwszej próbie): przesianie 80 kg mąki, rozbijanie jajek w trzycyfrowych ilościach (na raz tak po 30, ale ile tych razów było...), odcinanie kilograma margaryny od co najmniej dziesięciokilowej kostki, nurkowanie w czterdziestokilogramowym worku mąki/cukru, rozpuszczanie przemysłowego lukru, co podejrzanie długo jest w kawałku, a nie w płynie i wyrabianie ciasta ważącego pewnie ze 20 kilo w największej misce, jaka była dostępna. To ostatnie działa na bardzo dużo mięśni i za drugim razem zaczęło mi się kręcić w głowie (nikt mnie nie maltretował, sama się zgłosiłam;).
Znajomi mówią, że ja to chyba lubię się grzebać w różnych dziwnych rzeczach.
W sumie mają rację ;).
Wyjazd do Grecji przyniósł mi dużo nowych doświadczeń. Nauczyłam się gotować ryż, makaron i kaszę gryczaną, robić pranie (czyli obsługiwać pralkę), że niebieskie rzeczy w kombinacji z białymi dają podobny efekt, jak żółte, że jedna czarna farbująca sztuka odzieży może pozbawić bieliznę podstawy etymologicznej, itd. Mam nadzieję również nauczyć się szybko pisać magisterkę, między nami mówiąc.
Wśród niezaliczających się do naukowych doświadczeń znalazła się też produkcja pączków na skalę parafialną, a konkretnie pewne jej wycinki (jako że z kręcenia samych pączków zrezygnowałam po pierwszej próbie): przesianie 80 kg mąki, rozbijanie jajek w trzycyfrowych ilościach (na raz tak po 30, ale ile tych razów było...), odcinanie kilograma margaryny od co najmniej dziesięciokilowej kostki, nurkowanie w czterdziestokilogramowym worku mąki/cukru, rozpuszczanie przemysłowego lukru, co podejrzanie długo jest w kawałku, a nie w płynie i wyrabianie ciasta ważącego pewnie ze 20 kilo w największej misce, jaka była dostępna. To ostatnie działa na bardzo dużo mięśni i za drugim razem zaczęło mi się kręcić w głowie (nikt mnie nie maltretował, sama się zgłosiłam;).
Znajomi mówią, że ja to chyba lubię się grzebać w różnych dziwnych rzeczach.
W sumie mają rację ;).
Subskrybuj:
Posty (Atom)