środa, 11 lutego 2009

Za co? - cd.

Plusów kontaktów międzynarodowych ciąg dalszy: wcześniej moje refleksje na temat Windowsów ograniczały się do mierzenia czasu między jednym bluescreenem a drugim, ew. od początku zawieszenia się do jego końca. Teraz natomiast dowiedziałam się, że w każdym kraju XP wymawia się inaczej. Niby oczywiste, ale nie przyszło mi wcześniej do głowy, żeby się nad tym jakoś szczególnie zastanawiać.

W rankingach prowadzi na razie wersja portugalska ;).

niedziela, 8 lutego 2009

Za co?

Dzisiaj przyjechały dwie nowe lokatorki do jeszcze-mojego-mieszkania - Hiszpanki. Siedziałyśmy we czwórkę z moją obecną współmieszkanką, Portugalką i gadałyśmy po angielsku przez cały wieczór.

Ze Słowakami płci obojga i Włochem oglądamy rosyjski film a angielskimi napisami.

Znajoma Francuzka przybyła właśnie do Aten, więc będzie z kim pogadać po grecku!

Gdyby ktoś chciał wiedzieć, za co lubię stypendia zagraniczne (nawet z angielskim w pakiecie, niech mu będzie;).

sobota, 7 lutego 2009

Kocha się pomimo ruchu drogowego

Miłość bywa irracjonalna.

Szczególnie, kiedy kocha się kraj.

Szczególnie, kiedy kocha się ten kraj nawet wtedy, kiedy prawie wpada się pod skuter...

...na chodniku.

czwartek, 5 lutego 2009

Na językach

W odpowiedzi na komentarz Drugiejkońcaświata sprzed dwóch wpisów: Homer się nie pojawił, tylko wypłynął na powierzchnię. Albowiem Homer nigdy nie znika, czasem tylko przysypia (w tym stuleciu upodobał sobie kącik za szafą).

Ale my dzisiaj nie o tym języku, jakkolwiek w planach mieści się również długi, być może nawet epicki poemat sławiący grekę od zarania jej dziejów po luty Roku Pańskiego 2009. Propozycje form literackich można nadsyłać pocztą elektroniczną, lotniczą, morską, gołębią oraz zostawiać w komentarzach (koniecznie ze znaczkiem pocztowym).

Dzisiaj będzie o angielskim, którym to nieszczęsnym narzeczem pozbawionym przyzwoitej gramatyki przychodzi mi się ostatnio posługiwać częściej niż greką jakąkolwiek. Złośliwość to losu pewna jest, że po spędzeniu trzech lat na uczeniu się tej ostatniej i wybraniu sobie na miejsce stypendiowania kraju, gdzie powinnam mieć najwięcej okazji do rozwijania swoich umiejętności konwersacyjnych, większość czasu spędzam albo z Polakami, albo z różnej narodowości Erazmusami, którzy są fantastyczni, ale znaczny ich procent (odpowiadający mniej więcej zawartości alkoholu w wymarzonym bimbrze Jakuba Wędrowycza) greką się nie posługuje zupełnie i dopiero na miejscu zaczyna się jej uczyć. W związku z tym znajomych mają ze wszystkich krajów oprócz Grecji (bo Erazmusy studiują osobno albo mało). Zajęć własnych niet, bo moje stypendium polega na obcowaniu z Homerem drogą książkową (próbowałam też telepatycznie, ale nie jest zbyt skory do tej formy kontaktu; właściwie wcale nie jest).

I tak to właśnie ja, zagorzała wrogini angielskiego, muszę teraz się z nim przepraszać w imię komunikacji i przyjaźni między narodami. No, może niekoniecznie muszę, ale komunikować zdecydowanie się chcę, więc skoro nie ma innej drogi... Satysfakcji mam tyle, że przepraszanie przepraszaniem, a i tak kaleczę go potwornie.

Ludzie całego świata, uczta się języków obcych, które mają przypadki! :)

sobota, 31 stycznia 2009

Perypetie z okazji urozmaicania menu

Jeżeli nie chcesz zostać własnym guru, przed kupieniem ryby sprawdź, czy masz w domu jakikolwiek ostry nóż (o ile to nie jest Twój własny dom, gdzie znasz wszystkie noże od czubka pierwszego po trzonek ostatniego).

Ja dzisiaj zostałam swoim guru, ponieważ nabywając obiad kwestię noża przeoczyłam i byłam zmuszona przystosować i podzwonkować (ryby chyba się nie ćwiartuje?) go przy użyciu...

Ciekawostka: przy zgadywaniu panowie w liczbie dwóch obstawili identycznie, chociaż zupełnie niezależnie, łyżkę, kronprinses natomiast pilniczek, czym się z prawdą za bardzo nie rozminęła, ponieważ byłam zmuszona użyć nożyczek do paznokci - nic ostrzejszego w domu nie było.

Od dzisiaj jestem swoim guru i będę się dalej żywić makaronem :).

czwartek, 29 stycznia 2009

Instrukcja Postępowania Na Wypadek

Porada dnia: jeżeli kładąc się do łóżka widzisz wyraźnie wzorki na firance po drugiej stronie pokoju, a wcześniej ci się to nie zdarzało, wstań, zdejmij soczewki i dopiero idź spać, albowiem w przeciwnym razie o poranku znowu zobaczysz firankę, ale o wiele bardziej obolałymi oczami.

(Nie, zdjęłam. Ale spędziłam kiedyś w soczewkach 30 godzin i wiem, że lepiej nie przesadzać, chociaż oczy zaczęły boleć dopiero po schowaniu ich do pudełka - soczewek, znaczy.)

Instrukcja obsługi na wypadek Pojawienia Się Tęczy, Kiedy Przebywamy w Bibliotece.

I. Czynności Wstępne:
1. Zarejestrować, że wieje.
2. Przycisnąć luźne kartki do podłoża cięższą książką.
3. Zadrżeć z zimna.
4. Poczuć w duchu wdzięczność do sąsiada z biurka, który wstał i zamknął okno.
5. Zauważyć, że pada.

II. Czynności Właściwe:
1. Podnieść głowę znad notatek.
2. Zauważyć tęczę.
3. Zachwycić się tęczą.
4. Zapomnieć o notatkach i patrzeć na tęczę.
5. Policzyć kolory.
6. Przekonać się, że jest ich rzeczywiście siedem.

III. Czynności Kończące:
1. Spakować swoje rzeczy.
2. Odstawić Homera na półkę.
3. Położyć na reszcie książek karteczkę "czyta się".
4. Przenieść się na najwyższy dostępny taras.
5. Zrobić na pocieszenie zdjęcie chmurom, bo tęcza już zniknęła.

wtorek, 27 stycznia 2009

Porozmawiajmy o pogodzie

Rozmowy o pogodzie uchodzą głównie w windzie i wśród kulturalnych ludzi, którzy chcą porozmawiać, ale nie o czymś. Ewentualnie wśród ludzi, którzy nie chcą porozmawiać, ale muszą. Wtedy poruszamy zazwyczaj temat temperatury ("ale zimno!"), ogólnego wrażenia ("ale dzisiaj ślicznie") bądź naszych oczekiwań ("mam nadzieję, że do jutra się przejaśni..."), czasem z nutką osobistą ("... bo inaczej będę musiała wynająć kajak, żeby dotrzeć do pracy"), niekiedy nawet zbyt osobistą ("leje od trzech dni, nie ma jak prania wysuszyć, jeszcze trochę i zacznę podkradać majtki bratu!").

Biedna pogoda, musi jej być smutno czasami - w rozmowie robi za temat-zapychacz, w filmie za tło (chyba, że dostanie się jej rola komplikatora - spadnie deszcz i bohaterowi proch zamoknie), w książkach za scenerię; poeci czasem poświęcają jej więcej uwagi, ale to interesowne bestie, więc pod płaszczykiem zainteresowania dla stanu aury przemycają tak naprawdę stan swojego ducha. Egoiści!

Najwyższy czas zmienić tę niesprawiedliwą sytuację i odpowiedzieć na potrzeby emocjonalne pogody.

niedziela, 25 stycznia 2009

Spodziewana niespodzianka

Zamiast wstępu: lepiej nie pić rano kawy, póki się nie ustali, czy się jeszcze wróci na chwilę do łóżka, czy nie. Jeżeli bowiem zdecydujemy ukraść jeszcze trochę snu, kawa łajdaczka na pewno zadziała podwójnie skutecznie i zamiast relaksującej drzemki pozostaje nieco mniej relaksujące lustrowanie sufitu/ściany.

A skoro o Murphym mowa, to czego się można spodziewać? Niespodziewanego...?

Czego można się spodziewać, kiedy się wyjdzie rano z domu, podziwiając promienie słońca rozświetlające błękitne niebo ozdobione gdzieniegdzie białymi chmurkami? Chciałoby się jakiegoś zwrotu akcji - niesamowitych zniżek na książki, parady słoni i wielbłądów, malowanie Akropolu na różowo (no, może jednak tego nie?), spadających nie wiadomo skąd fortepianów z waty cukrowej, opisu podróży torami Kolei Transsyberyjskiej pod roboczym tytułem "Jak rozpędziłem drezynę". Nic z tego, proszę Państwa.

Historia lubi się powtarzać do znudzenia.

Parasolka obejrzała deszcz przez okno, a po właścicielce parasolki spłynąłby też deszcz jak woda po gęsi, gdyby nie taki drobny szczegół, że jednak chyba jednak gęsią nie jest...

...bo wodą nasiąkła :).

piątek, 23 stycznia 2009

Jak nie robić makijażu

Przed podrapaniem się należy się przyjrzeć przedmiotowi, którego się do tego używa. Jeżeli zidentyfikujemy go jako długopis, warto przyjrzeć się, po której stronie znajduje się w danym momencie końcówka pisząca.
Albowiem, jak mówi prastara mądrość, niebieska kreska (zwłaszcza przypominająca fragment sinusoidy) pod okiem wygląda interesująco, ale niekoniecznie dystyngowanie.

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Kluczenie po mieście, spotkania różne i kluczowa przygoda

Przez poranek i przedpołudnie (a dzisiaj nawet wczesne popołudnie) siedziałam sobie przed komputerem i w myślach zrywałam płatki z niezliczonych stokrotek i gałązek akacji, wyliczając: "jest strajk, nie ma strajku, jest strajk, nie ma...". Koniec końców jednak, żeby mieć absolutną pewność, że jest, wybyłam z domu i poszłam się przekonać naocznie. Kłódki są, pusto jest, informacji niet. Ktokolwiek wie, o co właściwie im chodzi...
A propos - strajki uniwersyteckie są humanitarne. Uniwerek zamknięty, ale stołówka działa.

Ponieważ jednak słońce dopisuje, strajk placówki naukowej ma swoje zalety, bo można z czystym sumieniem iść na spacer przez kampus i popatrzeć na drzewa (co stanowi pewien rarytas w tych okolicach - drzewa występują, ale w większości przestrzeni miejskiej raczej jako dodatek do krajobrazu):



W drodze do przysiadła się do mnie w autobusie miła starsza pani i poprosiła, żebym jej przepisała część tekstu z wizytówki okulisty drukowanymi literami, bo małych nie może przeczytać. Prośbę spełniłam, mam nadzieję, że nie zrażą jej moje obce literki (pismo filologa klasycznego nie różni się może drastycznie od pisma normalnego Greka (albo studenta, który się uczy od Greków), ale trochę jednak tak) - nawet nie zapytała, skąd jestem, więc może tym razem kamuflaż się udał?

W drodze z, już pieszo pokonywanej, poznałam młodzieńca imieniem Ahmed, który zwierzył mi się, że chciałby mieć polską żonę, bo Polki są ładne. To mu życzyłam powodzenia ;).

W dalszej drodze z nabyłam drogą kupna lampę biurkową, bo czytać przy górnym świetle nie idzie, a lampki dwie, co to je mam na stanie, budziki mają sprawne, ale świecić nie raczą. Lampa ładna, stoi i czeka na żarówkę, bo pan w sklepie nie wykazał się nadmiarem kompetencji (nazwałabym to krócej, ale odgłosy protestów części Czytelników spać by nie dały;) i sprzedał mi produkt pewnej znanej szwedzkiej firmy (wisi i grozi), ale z gwintem o dwa razy za dużej średnicy, żeby mógł z lampą współpracować.
Dwie żarówki 40W E27 zamienię na E14. Może być jedna. W razie czego mogę dorzucić jeszcze pół paczki pół-papierowych herbatników.

Pod drzwiami domu mego odkryłam ku swojemu niemiłemu zdumieniu brak kluczy. Znaczy, jedne klucze miałam, ale pasujący do nich zamek znajduje się 2000 na północ. Niczego natomiast, co by mogło pomóc w dostaniu się do mieszkania. W efekcie spędziłam półtorej godziny na wycieraczce pod domem, wznosząc modły w intencji znalezienie kluczy w pokoju, szacując potencjalny koszt wymiany zamków, czytając książkę, tłumacząc zdumionym mieszkańcom kamienicy, czemu siedzę na ziemi i wyglądam dziwne, oraz czekając na powrót któregoś z moich współlokatorów. Jako pierwszy pojawił się Nassim, zyskując sobie moją szczerą i dozgonną wdzięczność.
Klucze spały grzecznie na szafce. Ja im dam, tak mnie nastraszyć!