wtorek, 23 grudnia 2008

Życzenia?

Nie mam w tym roku głowy do życzeń za bardzo, przyznaję bez bicia. Nie to, żebym komuś nie życzyła dobrze :).

Krótko zatem: na tę Noc Bożego Narodzenia życzę Wam wszystkim i sobie przede wszystkim, żebyśmy wreszcie przemówili ludzkim głosem.

sobota, 20 grudnia 2008

Uroki podróży

Podróże kształcą. Podobno. A na pewno potrafią być interesujące.

Moja tegogrudniowa zaowocowała kilkoma nowymi znajomościami, rozrośnięciem się szalika o metr, doświadczeniem po raz drugi w życiu turbulencji, zachwytem nad komunikatami na Hauptbanhof i jeszcze większym zachwytem nad tym, że znalazłam właściwy peron zanim się na dobre pogubiłam.

Oprócz podróżnych przyjemności zmiennych istnieje co najmniej jedna stała: moment startu. Lubię latanie (chyba, że mi zatka uszy, bo wtedy przez całą resztę dnia słyszę dziwnie), uwielbiam widoki przez okna - zarówno chmury w dzień, jak i miasta w nocy, kiedy wyglądają jak żar po wielkim ognisku, ale dla samego startu mogłabym podróżować z dużą liczbę międzylądowań tylko po to, żeby doświadczyć tego przyspieszenia i oderwania się od ziemi.

Nie leczyć, niegroźne :).

piątek, 19 grudnia 2008

Czy się wraca i co się zastaje

Chciałabym powiedzieć, że wróciłam, ale nie do końca wiem, czy mogę tak powiedzieć, bo właściwie to w tej chwili w domu jestem przejściowo, a przynajmniej czasowo stale żyję w Atenach. Tkwię sobie zatem w dylemacie, które, wyjazd, które powrót, ale nie porusza mnie on szczególnie, ponieważ o wiele bardziej absorbujący uwagę i energię jest szok termiczny oraz próba odnalezienia się na własnym gruncie.

Szok termiczny w miarę oczywisty, bo w Atenach jest teraz dalej kilkanaście stopni i słońce, a w Warszawie śnieg, deszcz i chmury. Kocham moje miasto miłością rodzinną, ale pogoda jest całkiem obiektywna :).

Odnajdowanie się z tego wynika, że pod moją nieobecność ktoś sobie na gruncie rzeczonym pobuszował, więc pierwszy wieczór upłynął głównie na bieganiu po domu i wydawaniu okrzyków: "Kto zwędził moje (krzesło, lusterko, lampkę z biurka, listwę od komputera, czajnik*, wszystkie rozpinane swetry**)". Na szczęście wszystko się znalazło i pozostaje tylko odkurzyć półki z książkami, którym się dostało białym, remontowym pyłem.

Strach pomyśleć, co będzie w kwietniu!

*czajnik akurat wiedziałam, tyle dobrego.
**też wiedziałam, bo sama dałam pozwolenie, ale pod warunkiem, że po powrocie wszystko będzie gotowe do użycia, więc poszłam do szafy Ktosi i zwędziłam jej w ramach słusznego rewanżu jeden z jej swetrów. Ale to walka o przetrwanie, twarda i brutalna - kto się nie ubierze, ten ma potem przekichane ;).

środa, 17 grudnia 2008

Bałwankowe migracje

Przyszła zima i bałwanki odlatują na północ. Pakują się i jadą odwiedzić rodzinę, być może dotknąć śniegu i oczywiście porządnie zmarznąć.

Zanim jednak bałwanki trafią do swojego naturalnego klimatu, muszą przejść aklimatyzację, a ponieważ lecąc na południe zostawiły swoje śnieżne ubrania w domu, grozi im poważny szok termiczny.

Dlatego nocą bałwanki siedzą i robią pracowicie na drutach szaliki, żeby chociaż trochę osłonić się przed mrozem.

Mój ma już 78 cm. :)

poniedziałek, 15 grudnia 2008

Próba lotofagii

Jeżdżenie do obcych krajów ma taką zaletę (albo wadę), że można spróbować różnych dziwnych rzeczy do jedzenia*. Kiedy się jest Cypryjczykiem na wycieczce w Polsce, szok kulturowy zapewniają pierogi. Kiedy się pojedzie kopać do Rosji, ma się szansę na przykład na marynowanego węża (brzmi imponująco, ale smakowało zupełnie normalnie) albo suszone mandarynki i cytryny (interesujące, ale jedna na próbę w zupełności wystarczy; figi i morele za to, chociaż przyziemne, są fantastyczne). Można się też nauczyć żywić fasolką w sosie pomidorowym (jedna puszka, a tyle radości!), albo też sprawdzić doświadczalnie, jak to jest dzień w dzień przez miesiąc dostawać na obiad kurczaka z makaronem (przepraszam, raz były dla odmiany kotlety).

O dziwnym jedzeniu w Grecji nie ma co się rozpisywać, po pierwsze dlatego, że się na tym nie znam jakoś szczególnie, po drugie dlatego, że grecka kuchnia akurat w Polsce jest w miarę dostępna (co prawda głównie jej wąska, acz dobrze rozpoznawalna reprezentacja w postaci sałatki greckiej i tzatziki), a po trzecie dlatego, że jest późno.

A jako że jest późno, opowiem Wam tylko o przygodzie z lotosem. Nie wiem, jak to się po naszemu nazywa i czy w ogóle (to znaczy, czy "lotos", czy "owoc lotosu") jakoś specjalnie, w każdym razie to taki owoc, który wygląda trochę jak pomidor, ale z przewagą niepomidorowatości. Jest bardzo słodki, strasznie się klei (pewnie dlatego nikt nie mógł opuścić kraju Lotofagów) i smakuje jak coś, czego się bardzo chciało spróbować, ale się odkryło, że raz wystarczy.

A że się ma talent i z rozpędu nabyło się było tych lotosów cały kilogram, to trzeba je jakoś zagospodarować. Na ozdobę pokojową przerobić się raczej nie dadzą, bo za miękkie, ćwiczenie żonglowania z tego samego względu odpada. Drogą eliminacji wyszło, że najlepiej będzie przekształcić je w dżem.

Tutaj spuśćmy zasłonę milczenia na chaos, jaki przy tej okazji powstał w kuchni - cóż, życie to szukanie powołania, a ja dzisiaj odkryłam, że elementem mojego robienie dżemu z lotosów bynajmniej nie jest (nie, spokojnie, nic nie wybuchło i ścian malować też nie będzie trzeba). Czy jest jadalny, okaże się w domu, o ile ktoś odważy się spróbować (i na pewno nie będę to ja!).

Ale przynajmniej mogę powiedzieć, że zmierzyłam się z dżemem z lotosów - przynajmniej brzmi dumnie :).


*Oczywiście nie trzeba nigdzie jeździć, McDonald's jest na każdym rogu prawie i można iść zjeść coś dziwnego tam.

sobota, 13 grudnia 2008

Przejścia na przejściach

Uniwersytety ciągle w stanie strajku: na Ekonomicznym palą ognisko na dziedzińcu (o ile można to tak nazwać) i wygłaszają płomienne przemówienia, a teren wokoło jest usiany ulotkami antypolicyjnymi i ogólnoanarchistycznymi; Politechnika obwieszona transparentami i z murami zapisanymi hasłami o treści identycznej, jak wspomniane ulotki, kontynuuje swoje tradycje; na "moim" wreszcie wydziale nie ma czego szukać, chyba że czerpie się szczególną przyjemność z całowania klamek bibliotecznych.
Czy sytuacja polityczna w kraju, gdzie się pojechało pisać magisterkę, stanowi dostateczne wytłumaczenie dla kraju ojczystego, gdzie tę magisterkę trzeba w terminie przywieźć?

Prywatnie wątpię.

A propos kraju ojczystego i studiowania - prawo Murphy'ego numer x powinno brzmieć: "Jak długo sprawdzasz swoje konto w poczcie uniwersyteckiej, będą na nie przychodzić tylko mało ważne i jeszcze mniej interesujące wiadomości. Jeżeli jednak w końcu o nim zapomnisz, na pewno przyjdzie Bardzo Ważny Mail i przeczytasz go O Wiele Za Późno".

Wracając jednak do kraju czasowego pobytu: zamieszki już się chyba uspokajają, znaczy - chyba już wiele więcej nie spalą. Dzisiaj ofiarą koktajlu Mołotowa padł jakiś samochód (informacja za portalem in.gr), ale poza tym toczył się głownie dialog między policją a demonstrantami, w którym każda ze stron używała charakterystycznych dla siebie środków wyrazu: ci drudzy zastępowali słowa koktajlami Mołotowa i kamieniami, ci pierwsze odpowiadali gazem łzawiącym.

W obłok tegoż gazu wpakowałam się byłam i ja, bo chciałam tylko przejść przez ulicę, ale zatrzymał mnie widok psa:



i tak się starałam zrobić mu zdjęcie, że nawet się nie zorientowałam, że powietrze coraz mniej przypomina powietrze. Zanim jednak zapłakałam się na śmierć, schowałam twarz w szaliku i z oburzeniem ewakuowałam się w najbliższą ulicę. Tam też trzeba było się przemieszczać ostrożnie, ale proszę się nie martwić, nic mi się nie stało, bo i też nie bardzo miało jak :).

środa, 10 grudnia 2008

Pytanie, spostrzeżenie i zagadka (bez rozwiązania)

Podchwytliwe pytanie:

Czym pod żadnym pozorem nie zdejmujemy frytek z patelni teflonowej?*

Spostrzeżenie kulturowe:

W Grecji reklamy wyglądają najczęściej jak nasze z wczesnych lat 90-tych. Czyli zachwycać się średnio jest czym na ogół. Za wyjątkiem może tej:



Napis pod ostatnią tabliczką to mniej więcej: "Nie strzelać bez powodu" (pochodzi zapewne z któregoś z miejsc, gdzie mieszkańcy mają zwyczaj strzelać od czasu do czasu do znaków drogowych), a kluczowy tekst brzmi: "Ponieważ żyjemy w Grecji, GPS jest niezbędny".

Drugą różnicą między polskimi a greckimi reklamami (tym razem na korzyść greckich) jest to, że tutaj w telewizji reklamują książki. Nie czytałam żadnej z nich, ale to raczej czytadła w większości, niemniej - in plus się liczy.

Zagadka:

Dzisiaj miał miejsce strajk generalny. Ergo, ulice były w znacznej większości puste. Niestety, zniknęły również autobusy, ale nie całkiem. Mianowicie na całej interesującej mnie trasie jeździły czasem, owszem, ale wszystkie co do jednego w drugą stronę. I co się z nimi dzieje, kiedy tam dojeżdżają? Wjeżdżają do tunelu teleportacyjnego i z powrotem znajdują się na początku trasy?


*palcami, proszę szanownych Czytelników. :)

wtorek, 9 grudnia 2008

Historia nie jest miła w dotyku.

Chińską (ponoć) klątwę "Obyś żył w ciekawych czasach" znają chyba wszyscy. Można ją znaleźć między takimi jak: "Oby bogowie wysłuchali twoich próśb" i "Oby zainteresowali się tobą Ci Na Górze".

Ostatnie trzy dni zdecydowanie można zaliczyć do ciekawych czasów. Strajki i manifestacje są w Grecji na porządku dziennym. Rano przed wyjściem z domu lepiej sprawdzić, czy będzie jeździć metro, głównymi ulicami przemieszczają się pochody z rozlicznymi transparentami skandujące hasła. Ale zamieszki na taką skalę nie miały w Grecji miejsca od lat wielu. Podpalenia, bójki z policją, kamienie i koktajle Mołotowa kontra gaz łzawiący, tarcze i pałki. Chaos w większych i mniejszych miastach i miejscowościach, z Atenami, Salonikami i (dzisiaj) Patrą na czele. Czwarta noc z rzędu...

W poniedziałek w centrum miasta można było oglądać powybijane szyby w sklepach - z wyjątkiem tych, które spaliły się całkiem. Dzisiaj nie wyszłam wcale z domu (uniwerek zawiesił na dwa dni działalność edukacyjną z powodu żałoby, a spacery po rzeczonym centrum odradzali), więc nie wiem, jak wszystko wygląda teraz, ale mówią, że przypomina obraz po bombardowaniu. W telewizji reportaże na żywo bardziej lub mniej, debaty, kłótnie, dywagacje i politycy. I czasem reklamy.

Historia z bliska jest interesująca. Ale tym razem nie w pozytywnym sensie tego słowa.

sobota, 6 grudnia 2008

Prawo czy lewo?

Ateńskie ulice to oczywisty dowód na to, że sygnalizacja świetlna jest w Grecji importem stosowanym raczej dla ozdoby. Ruch drogowy zdaje się przechodzić na jej istnieniem do porządku dziennego i dalej beztrosko, a nawet z powodzeniem stosuje się do prostego i po stokroć starszego prawa dżungli.

Prawo dżungli respektuje podstawowe potrzeby człowieka, w przeciwieństwie do zimnych i bezdusznych świateł: jeżeli potrzebujesz zmienić zwrot ruchu i przenieść się na przeciwległy pas, proszę bardzo - nic to, że rzeczone pasy dzieli kawałek chodnika wystającego nad asfalt jakieś 20 cm - skacz śmiało!

Jedziesz motocyklem albo skuterem i masz problem z wyprzedzeniem samochodu? Przecież to żaden problem, przyjazny chodnik przerzuci cię kilkadziesiąt metrów dalej i spokojnie włączysz się do ruchu.

Jedziesz autobusem i chcesz porozmawiać z kolegą po fachu? Otwierasz drzwi, żeby mógł cię słyszeć i możecie spokojnie prowadzić dialog przez całą szerokość ulicy. Ewentualnie zatrzymać się obok niego i porozmawiać w bardziej cywilizowanych warunkach. Te klaksony z tyłu to tylko wyraz aprobaty i sympatii dla tego, że umiecie znaleźć oazę spokoju w szalonym pędzie życia.

Jesteś pieszym? Jestem. Więc idę, kiedy mi pasuje, z radością daltonisty przemierzam ulicę nurkując między samochodami, autobusami, trolejbusami i niezliczonymi jednośladami. Jedyne, co trzeba wziąć pod uwagę, to czy wyjdę z tego cało. Całą resztę pal sześć.

Przechodzenie przez główną ulicę w godzinach szczytu wygląda jak gra komputerowa. Ludzik idzie kawałek, zatrzymuje się, żeby przepuścić pojazdy, wchodzi w kolejną lukę i tak dociera na drugą stronę ulicy. Mistrzostwo dla pana, który dzisiaj wpasował się idealnie między dwa motocykle. Takie rzeczy tylko na Stadiou!

Uliczne prawo dżungli ma właściwie tylko dwie wady: jeżeli naprawdę musisz gdzieś szybko dojechać, wsiądź na motor, albo zapomnij. A ta druga to problem z dostosowaniem się do polskich kulturalnych przejść potem.

Więc w razie czego proszę mnie pilnować, żebym swojej olśniewającej jak świeżo wymyte kafelki kariery naukowej nie zakończyła gdzieś pomiędzy dwoma wyzywająco czerwonymi światłami :).

środa, 3 grudnia 2008

W gaju herosa Akademosa

Odcinek pierwszy serii "Mało znane miejsca archeologiczne Aten".

Żył sobie dawno temu heros Akademos. Czy też, być może żył, a na pewno poświęcono mu gaj. W gaju tym rosły drzewka i uczniowie Platona wzrastali, a przynajmniej takie było założenie.

Dzisiaj wybieramy się z wycieczką poglądową do pozostałości sławnej Akademii.

Najpierw przechodzimy przez tory, a na przejściu, jak to na przejściu, najpierw patrzymy w prawo:



a potem w lewo:



Ponieważ nic nie jedzie, kierujemy się przed siebie. Po przekroczeniu torów i niezbyt skomplikowanego, jeżeli nie liczyć zastawionych czym się da chodników, labiryntu uliczek, natrafiamy na drogowskaz*:



Znajdujemy teren zielony otoczony płotem, ale bez tabliczki, więc pewności stuprocentowej, że to już tu, nie mamy. Wchodzimy zatem do środka i rozglądamy się ostrożnie:



Drzewka, psy, plac zabaw w tle, interesujących kamieni niet. Rozglądamy się dalej - o, tam coś jest:



Faktycznie, jakieś kamienie są, ale nic nie mówią. Rozglądamy się jeszcze raz:



Wreszcie oczy natrafiają na niepozorną ścieżkę. Może ona zaprowadzi do celu?



I wreszcie pokazują się ruinki. Niezbyt okazałe, ale za to tonące w grudniowym słońcu:



Za sosnami ukrywają się kolejne gromadki zorganizowanych kamieni:



I następne pod drzewem tym razem liściastym:



Na samym końcu ścieżek kamienie niezrzeszone, porzucone w krzakach:



A za końcem czeka, o dziwo, tabliczka. Jedyna w całej okolicy, za to jednoznaczna:



Czy może Platon siedział tu?



A może tutaj?



Zapewne ani tam, ani tam, bo jedno i drugie wygląda mało platońsko.

Niestety, niczego więcej na temat na miejscu nie da się dowiedzieć, ponieważ brak jakichkolwiek oznaczeń poza widoczną powyżej niebieską tabliczką.

Plus dla Ministerstwa Kultury za zrobienie z tego parku archeologicznego, jak to się ładnie po grecku nazywa, drugi za schowanie ruinek w gustownych krzewach, ale za opis zdecydowany minus, bo opis zerowy.

*proszę się nie dać nabrać, tablicę znalazłam dopiero wracając ;).